|
10-11-2009, 11:59
|
#11
|
|
Niepoprawny marzyciel
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
|
Rozdział czwarty. Wina i kara 1/3
Lillian zbudziła się z bijącym sercem. Koszula nocna lepiła jej się do ciała.
- Lillian? Wszystko w porządku? - wymruczała sennie Rozalinda ze swojego łóżka.
- Tak, miałam koszmar.
Koszmar. Zaiste. Wysoka postać przy kominku. Voldemort. I kobieta. Bardzo ładna i młoda. Lillian była pewna, że gdzieś już ją widziała.
- Dlaczego nie możemy zobaczyć tego snu? - zapytał Harry.
- Sen jest bardziej złożoną substancją niż wspomnienia i myśli - wyjaśnił Dumbledore. Było już po śniadaniu. Aurorzy robili obchód zamku i okolic nie rozumiejąc w jakim celu a Harry, Ron i Hermiona znowu siedzieli w gabinecie nad misą w której wirowały srebrne smugi. - Wyodrębnić sen jest bardzo trudno. Lillian nie udało się tego dokonać a może nie chciała.
- Zawsze była w tym kiepska. Jak ty w oklumencji Potter - odezwał się Snape.
Aż podskoczyli. Nie widzieli kiedy się pojawił.
Hermiona wstała. Wyjęła z kieszeni mały flakonik wypełniony zielonym płynem i wlała do misy kilka kropel.
- To interpretator myśli i komentator - wyjaśniła. - Bardzo trudny do zdobycia. Sprowadziłam go z Ameryki, tam jest bardziej popularny niż u nas. Pomyślałam, że może się przydać. Mam wrażenie, że nie wszyscy wszystko łapią.
Spojrzała wymownie na Rona. Zbliżyli się do misy.
W wielkiej sali panował poranny gwar. Uczniowie kończyli jeść śniadanie. Zaczarowany sufit miał szarożółtą, brudną barwę.
- Piękny dzień na mecz - mruknęła Rozalinda, rozglądając się po suficie, jakby wypatrywała przejaśnienia. - Po południu ma spaść deszcz. Ja nie wiem jak my dziś zagramy.
- Nie kracz Roz - odezwał się siedzący obok niej Charlie.
Do sali wleciały sowy, niosąc poranną pocztę. Przed Lillian wylądował sędziwy puchacz z wielką bezkształtną paką, całą popodbijaną szwajcarskimi stemplami. Lillian odwiązała paczkę i poczęstowała puchacza herbatnikiem. Puchacz połknął go w całości, zanurzył łepek w jej kubku z kawę i zdrowo sobie z niego pociągnął.
Charlie zachichotał.
- Cwany skurczybyk. Zawsze to robi. Widziałem nawet jak sobie kiedyś golnął z piersiówki Hagrida. Co tam masz Lillian?
- Coś tak nudnego, że byś nie uwierzył. Serio, Charlie. Słuchajcie, zbierzmy się na boisku, pół godziny przed meczem. Chcę omówić taktykę.
Następne wspomnienie było szare i zamglone. Znaleźli się na stadionie Quidditcha. Deszcz zacinał, tak jak podczas pamiętnego meczu z puchonami, gdy Harry, Ron i Hermiona byli na trzecim roku. Harry popatrzył na miejsca na widowni przeznaczone dla profesorów. Zauważył Dumbledore'a wpatrzonego z uprzejmym zainteresowaniem w boisko a obok niego profesor McGonagall, zaciskającą nerwowo odziane w welurowe rękawiczki dłonie na balustradzie okalającej lożę. Tuż za nią siedział Hagrid, nachylał się i coś szeptał z przejęciem, ale McGonagall zdawała się go nie słyszeć. Po drugiej stronie Dumbledore'a siedział Snape i patrzył na boisko wzrokiem pozbawionym jakiegokolwiek wyrazu.
Niebo przecięła błyskawica.
- Ma być czysta gra – donośny głos pani Hootch przewalił się nad boiskiem razem z grzmotem, który rozległ się w oddali. - Podajcie sobie ręce.
Lillian i Drummond podali sobie ręce. Karl uśmiechnął się tak szeroko, że Lillian zobaczyła jego ósemki. Wyszeptał coś do niej bezgłośnie, ale ona już wystartowała. Mecz rozpoczął się.
Lillian wzbiła się w górę wypatrując znicza. Lało jak z cebra. Zaklęcie chroniące twarz niewiele dawało, bo i tak widziała jedynie na odległość wyciągniętej przed siebie dłoni. Nagle tuż obok niej pojawiła się Drusilla.
- I co zdechlaku? Odechciało ci się? Słyszałam że dostałaś paskudny szlaban.
Lillian nie odezwała się. Odrzuciła do tyłu długi warkocz, napęczniały teraz od wody. Nie chciała dać się sprowokować. Wypatrywała migoczącej piłeczki. Złapać znicz. To było jej zadanie.
- Porozmawiałam sobie z ojcem, wiesz – Drusilla przekrzykiwała teraz wiatr. - Opowiedział mi co nieco. Twoim opiekunem jest teraz Lucjusz Malfoy, co?
Lillian obróciła się do niej gwałtownie. Czekała co jeszcze powie Drusilla. Ta odchyliła głowę do tyłu i zaczęła się śmiać.
- Tego się nie spodziewałam. Wiesz, tatuś mi mówił z czego Lucjusz jest znany. Ile masz lat Van Tassen? Szesnaście, prawda? Jeszcze trochę brakuje do pełnoletności. Wciąż musisz słuchać opiekuna, co?
Lillian zapomniała o piłeczce, o meczu i całej drużynie, która na nią liczyła i wlepiła spojrzenie w Drusillę.
- Jedziesz do Malfoyów na święta? - wrzeszczała Drusilla. - Narcyza pewnie ci schlebia, bo tak jej mąż każe, ale wychodzi grzecznie po kolacji i posłusznie idzie do swojego pokoju. Twoi rodzice to musieli mieć mózgi przeżarte przez robaki, że wybrali kogoś takiego na opiekuna córeczki.
Lillian oślepiło nagle białe światło wściekłości, która zawrzała w jej mózgu. Rzuciła się na Drusillę zapominając o wszystkim. Zamachnęła się i uderzyła ją pięścią w twarz. Drusilla oddała jej, trafiając w nos i Lillian zachwiała się niebezpiecznie na swojej miotle. Z nosa buchnęła jej krew.
- Zjeżdżaj wypierdku! – krzyczała Drusilla trzymając się za dolną część twarzy. Spomiędzy palców ciekła jej krew. - Cała szkoła się dowie, cała szkoła się dowie, szmaciaro. Jestem pewna, że jest paragraf, który pozwoli cię usunąć.
Lillian zerwała się po raz drugi i zepchnęła Drusillę z miotły. Drusilla chwyciła koniuszkami palców witki, które zaczęły wyślizgiwać jej się z mokrych od krwi i deszczu rąk.
- Nie! - wrzasnęła i w tym momencie ostatnia gałązka wysunęła jej się spomiędzy palców. Popatrzyła w oczy Lillian i zaczęła spadać.
Lillian zareagowała automatycznie. Zanurkowała w dół z maksymalną prędkością, jaką była w stanie osiągnąć jej miotła. Śmignęła niczym purpurowo złoty pocisk i znalazła się pod Drusillą. W ostatnim momencie chwyciła ją za koniec szaty. Tłum uczniów i nauczycieli zawył z przerażenia. Lillian podała Drusilli dłoń i pomogła wejść na swoją miotłę. Rozległ się gwizdek pani Hootch.
Lillian wylądowała na ziemi. Drusilla poderwała się z jej miotły, a gdy tylko nadbiegła pani Hootch wskazała oskarżycielskim palcem na Lillian.
- To ona. Ona mnie zepchnęła. Jest nienormalna. Chciała mnie zabić. Zrobiła to specjalnie.
- Ona... - zaczęła Lillian ale umilkła. Co mogła powiedzieć? Prędzej by umarła niż zdradziła czym sprowokowała ją Harrington. Od strony loży nadbiegali nauczyciele.
- Panno Van Tassen - krzyczała profesor McGonagall. - W życiu czegoś takiego nie widziałam. Zrzucić uczennicę z miotły? Skandal! Niedopuszczalne!
Lillian nie odezwała się. Kątem oka zobaczyła jednak jak Drusilla posyła jej triumfalny uśmieszek, podchodzi do Snape'a i coś mu mówi. Snape słuchał Drusilli a jego czarny płaszcz łopotał niczym skrzydła.
Zaklęcie wodoszczelności przestało działać i Lillian poczuła na twarzy ciężkie krople lodowatego deszczu. Z nosa wciąż ciekła jej krew. Wszyscy na nią wrzeszczeli. Uchwyciła rozczarowane spojrzenie profesora Crispina. Hagrid patrzył na nią z przerażeniem. McGonagall była wściekła. Wzrok Snape'a jak zwykle pozbawiony był wyrazu, ale usta wykrzywił złośliwie. Lillian zrozumiała, że w tym roku Gryfoni pożegnali się już z pucharem i dobrze będzie jeśli nie wyrzucą jej ze szkoły. Pani Hootch krzyczała najgłośniej a Drusilla zaczęła głośno płakać, gdy wylądowali obok niej Drummond i Lepper.
- Dosyć - rozległ się gromki głos Dumbledore'a, wyraźnie przebijający się przez deszcz i harmider. - Nie ma sensu stać na deszczu. Proszę do mojego gabinetu. Tylko te dwie uczennice i opiekunowie domów. Reszta może się rozejść. Odwołuję mecz.
Lillian czuła się podle idąc do zamku. Mokre włosy lepiły jej się do twarzy a ciężka od wody szata do zziębniętego ciała. Była przemoczona do suchej nitki i drżała nie tylko z zimna. Jak mogła dać się tak idiotycznie sprowokować. W gruncie rzeczy Drusilla przecież o niczym nie wiedziała. Nie mogła wiedzieć. Malfoy jaki był taki był, ale na pewno nie był idiotą.
|
|
|
10-13-2009, 02:57
|
#12
|
|
Niepoprawny marzyciel
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
|
Rozdział czwarty. Wina i kara 2/4
Lillian czuła się podle idąc do zamku. Nos pulsował jednostajnym bólem. Mokre włosy lepiły jej się do twarzy a ciężka od wody szata do zziębniętego ciała. Była przemoczona do suchej nitki i drżała nie tylko z zimna. Jak mogła dać się tak idiotycznie sprowokować. W gruncie rzeczy Drusilla przecież o niczym nie wiedziała. Nie mogła wiedzieć. Malfoy jaki był taki był, ale na pewno nie był idiotą.
Wlokła się obok profesor McGonagall, za Dumbledorem, Snape'm i Harrington, która co jakiś czas odwracała do niej głowę i śmiała się bezgłośnie, gdy była pewna, że McGonagall tego nie widzi.
- Serdelki karmelki – powiedział Dumbledore i drzwi jego gabinetu otworzyły się. Lillian zastanawiała się przez moment, co to takiego owe serdelki karmelki, nie brzmiało to bowiem najlepiej, ale po chwili dotarło do niej, że nie takie pytania powinna sobie obecnie stawiać.
- Usiądźcie proszę - Dumbledore wskazał im wygodne fotele obite kwiecistym perkalem.
Nikt jednak nie usiadł.
- Jak chcecie - wzruszył ramionami i usiadł za swoim biurkiem. - Dziewczęta zróbcie coś z tymi nosami. Jesteście na siódmym roku w końcu.
Lillian dotknęła różdżką swojego nosa, burknęła "episky" i krew przestała lecieć a nos odzyskał normalny kształt. Z pewną satysfakcją zauważyła, że z nosa Drusilli wciąż kapie i że jest on nadal paskudnie spuchnięty.
- Powiedzcie mi co się wydarzyło – zachęcił je Dumbledore.
- Ona - Harrington ponownie wskazała Lillian palcem. - Rzuciła się na mnie wrzeszcząc jak opętana: "nigdy nie zdobędziecie pucharu, już ja się o to postaram, choćbym cię miała zabić"
Lillian mimo woli parsknęła śmiechem, ale napotkała spojrzenie McGonagall i momentalnie uspokoiła się.
- Proszę cię, Harrington - powiedziała kpiąco i zwróciła się do nauczycieli. - To czysty idiotyzm. Nie powiedziałabym czegoś tak głupiego. Ta przerośnięta oślica naczytała się zbyt wielu powieści z serii "Zaczaruj moją miłość". Ludzie w normalnym życiu tak nie mówią. Przynajmniej JA tak nie mówię.
Wzrok McGonagall złagodniał, widocznie wytłumaczenie Lillian trafiło jej do przekonania, jednak Dumbledore czekał na dalsze wyjaśnienia. Snape też nie wydawał się usatysfakcjonowany, machnął szybko różdżką tamując krwotok Harrington i powiedział.
- Słuchamy więc twojej wersji Van Tassen.
- Ta kro..., ona sprowokowała mnie...
- Jak? - dociekał Snape.
- Tego nie mogę powiedzieć. Ale obraziła moich rodziców.
- Czy obrażenie rodziców to przewinienie, które w twoim kodeksie etycznym jest karane śmiercią? - spytał Snape.
- Uderzyłam ją, to prawda. Ona mi oddała, uderzyłam ją jeszcze raz i spadła - Lillian tu miała zakończyć, ale nie mogła się powstrzymać i dodała. - Spadła bo lata na miotle gorzej niż pijany troll górski.
Drusilla rzuciła się w kierunku Lillian, ale Snape złapał ja za szatę.
- Spokojnie panno Harrington. Proszę wykazać się rozsądkiem.
Drusilla nie wyglądała na osobę, która ma ochotę wykazać się rozsądkiem.
- To był wypadek - dokończyła Lillian. - Jest głupia jak gumochłon Hagrida, ale przecież nie zabijałabym z tak błahego powodu.
- Panno Van Tassen - upomniała ją McGonagall.
Dumbledore zamyślił się. Popatrzył na obie uczennice. Drusilla znowu zaczęła płakać zachłystując się spazmatycznie a z jej nosa znowu pociekła krew. Snape rzucił na nią okiem, ale widocznie doszedł do wniosku, że ta odgrywa to całe przedstawienie specjalnie i nie zareagował. Lillian patrzyła na dyrektora myśląc, że w gruncie rzeczy nic takiego się stanie jak ją wywalą. Zajmie się interesami i tyle. Po grzyba jej jakieś głupie wykształcenie i nieprzydatny świstek, świadczący o tym, że ukończyła jakiś tam Hogwart. Ale gdy tylko to pomyślała, zrobiło jej się dziwnie przykro.
- Jeśli jest taka możliwość - odezwała się, tym razem już bardzo grzecznie, zwracając się prosto do Dumbledora. - To wolałabym żeby mnie pan nie wyrzucał ze szkoły, panie dyrektorze.
- A ja uważam, że lepiej ją usunąć dla przykładu - powiedział Snape. - Ta uczennica ma bardzo zły wpływ na swoje otoczenie. Jest bezczelna, pyskata i źle wychowana. A może nawet niebezpieczna i niezrównoważona. Nie ma tygodnia żeby nie dostała szlabanu.
- Od pana - wyrwało się Lillian i szybko tego pożałowała.
- Panie dyrektorze - odezwała się profesor McGonagall. - Panna Van Tassen należy do mojego domu, więc moje zdanie liczy się tu najbardziej, uważam, że zasługuje na drugą szansę.
- Drugą? Chyba kolejną - wtrącił Snape, coraz bardziej zły.
- To dobra uczennica - powiedziała z naciskiem McGonagall nie zwracając uwagi na Snape'a. Lillian zrobiło się trochę głupio, że McGonagall tak jej broni, gdyż do transmutacji nie przykładała się w ogóle i była jednym z najgorszych uczniów w klasie. Następne słowa nauczycielki sprawiły, że poczuła się jeszcze gorzej. - Pan o tym wie panie dyrektorze. Jest bardzo zdolna. Pamięta pan o czym rozmawialiśmy przed rozpoczęciem roku?
- Pamiętam Minerwo - Dumbledore skinął głową. - Cóż. Skoro wszyscy żyją, to myślę, że możemy zapomnieć o tym incydencie. Oczywiście będzie konieczny...
- Szlaban - rzuciła McGonagall pospiesznie.
- Właśnie. Porządny, kłopotliwy, ciężki do zniesienia szlaban.
Albo Lillian się wydawało, albo Dumbledore uśmiechnął się lekko.
- Tylko, że ja już mam szlaban - wtrąciła Lillian, której teraz, gdy nie groziło jej już wyrzucenie ze szkoły, zrobiło się strasznie wesoło. - U profesora Snape'a. Miesięczny. Zostały mi jeszcze trzy tygodnie.
- Czy to ciężki szlaban? - surowo zainteresował się Dumbledore a Lillian znowu wydawało się, że dyrektor stara się zapanować nad wesołością.
- Bardzo. Marynowanie gumochłonów to przy tym wakacje – odparła Lillian czując się coraz pewniej.
- Co ona robi Severusie? - zaciekawił się Dumbledore.
- Naprawia zepsuty preparator składników - wycedził Snape.
- Tego przecież nie da się zrobić.
- Dam sobie radę - powiedziała Lillian i machnęła lekceważąco ręką.
- To bardzo ciekawe, koniecznie daj mi znać jak ci poszło - odparł Dumbledore. - No tak, chyba już czas kolacji. Nie będę was zatrzymywał. Panno Harrington proszę iść do skrzydła szpitalnego, jeśli nie może sobie pani poradzić z tym nosem.
Snape rzucił Harrington ciężkie spojrzenie, więc ta, cała czerwona ze wstydu na twarzy, natychmiast zatamowała krwotok.
- Co ze szlabanem dla Van Tassen? - wycedził Snape.
- Ach tak, ten szlaban - Dumbledore zwrócił się do Lillian. - Dobrze, jak skończysz obecny szlaban to zaczniesz następny. Tydzień chyba wystarczy?
- Miesiąc - warknął Snape. - Każdego wieczoru, po dwie godziny.
- Niech będzie miesiąc. Jestem pewien Severusie, że masz tam u siebie jeszcze wiele instrumentów, które wymagają naprawy, i którymi panna Van Tassen będzie mogła się zająć.
Lillian z trudem powstrzymywała śmiech.
- No to czas na kolację - Dumbledore zatarł ręce. - Ależ jestem głodny. Dziś gulasz ognisty i faszerowane papryki. Mamy nowego skrzata, jest z pochodzenia Węgrem.
Gdy Lillian szła wraz z McGonagall w kierunku wierzy gryfonów, ta zwróciła się do niej surowo.
- Niech ci nie będzie tak wesoło. Dumbledore ma słabość do uczniów, hm niekonwencjonalnych. Ja jednak uważam, że postąpiłaś paskudnie. Jesteś prawie dorosła. Takie zachowanie nie przystoi i jest po prostu karygodne.
- Przecież zostanę ukarana - powiedziała nadal wesoło Lillian.
- Coś jest ci za wesoło na tych szlabanach. Prawdziwy szlaban ma być nieprzyjemny, inaczej to nie ma sensu.
- Jest bardzo nieprzyjemny - powiedziała szybko Lillian. - Spędziła kiedyś pani profesor dwie godziny ze Snape'm w zawilgłym lochu, kątem oka obserwując jak kroi traszki na plasterki?
- Z profesorem Snape'm - poprawiła McGonagall automatycznie. - Cóż, po prostu postaraj się, żeby ten szlaban był tym ostatnim, jeśli poważnie myślisz o przyszłości. Zdajesz sobie sprawę, że chwaliłam cię dużo na wyrost? I przebierz się do kolacji moja droga, bo się zaziębisz.
|
|
|
10-13-2009, 22:49
|
#13
|
|
Fan "Strefy 11" i tarota
Zarejestrowany: Mar 2009
Posty: 60
|
ten FF wciąga.
Czekam na dalszą część!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! !!
(I jesli łaska, kliknij tu)
__________________
Chcę uwierzyć
Mulder, nawet nie wiem co na to odpowiedzieć. Ludzie nie żyją wiecznie!
Mulder, mogę się ostatecznie zgodzić, że ta kobieta praktykowała jakąś formę
czarnej magii. Ale żeby coś zwrócić, trzeba to najpierw połknąć!
Chyba nie sugerujesz, że ciało pozbawione głowy samo wyszło sobie z kostnicy...
czy sugerujesz?
Chcesz znaleźć się w pewnym miejscu??? Kliknij tutaj
też kliknij tutaj
Ostatnio edytowane przez nika13 : 10-16-2009 o 10:53.
|
|
|
10-14-2009, 09:00
|
#14
|
|
Czytelnik horoskopów
Zarejestrowany: Aug 2009
Posty: 24
|
To mi się strasznie podoba nie mogę się doczekać następnej części
|
|
|
10-14-2009, 17:03
|
#15
|
|
Niepoprawny marzyciel
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
|
Rozdział czwarty. Wina i kara 3/4
Uwaga! W tym odcinie mogą pojawić się treści nienadające się do spożycia, obrażające uczucia takie i owakie.
Tzn. nie wiem, czy to co napisałam już przekracza dopuszczalną granicę motywów seksualnych itd., czy jeszcze nie. Więc lojalnie uprzedzam, bo dalej będzie tylko gorzej.
W pokoju wspólnym zawrzało jak w ulu, gdy Lillian weszła przez dziurę w obrazie. Gryfoni byli wściekli na nią, że zaprzepaściła szansę na wygranie meczu, ale równocześnie byli ciekawi, co takiego wydarzyło się w gabinecie Dumbledora.
- I jak? - spytała Rozalinda z niepokojem. Ona, Charlie i reszta drużyny wciąż mieli na sobie przemoczone i ubłocone stroje do Quidditcha.
- Zostaję - westchnęła Lillian z ulgą, zdejmując ochraniacze z łokci i rzucając je na stolik. - Ale czeka mnie kolejny miesięczny szlaban u tego dupka. Cieszę się jednak, że nie zabrali nam punktów. Myślę, że Snape był tak wściekły, że po prostu zapomniał nam ich odjąć.
Lillian odpowiedziała jeszcze na kilka pytań i padła na fotel przy kominku obok Franki. Reszta najwygodniejszych foteli przy kominkach była zajęta, gdyż wszyscy byli zmarznięci po nieudanym meczu. Wyciągnęła nogi w kierunku ognia, aby się ogrzać. Rozalinda przysiadła na stoliku zbliżając dłonie w stronę płomieni.
- Mam farta, że nie jestem w Slytherinie - powiedziała Lillian do przyjaciółek. - Pewnie już bym była w drodze do domu.
- Czemu ty mieć być w Slytherinie? - spytała Franka odsuwając się od niej nieco, gdyż cały bok szaty Lillian uwalany był błotem i krwią.
- Tiara przydziału chciała mnie tam umieścić. Powiedziała, z właściwym sobie wdziękiem, że z taką niewyparzoną gębą, pogardą dla reguł, bezczelnością i żyłką do interesów, będę tam doskonale pasować.
- I co jej powiedziałaś? - zaciekawiła się Rozalinda zacierając dłonie.
- Że jeśli mam być w Slytherinie to wolę stąd spadać. I uczyć się w ogólniaku w jakiejś zapadłej, mugolskiej dziurze.
- Słusznie – zgodziła się Rozalinda. - Też bym wolała, chociaż mój tatko był w Slytherinie i jakoś mu tam mózgu nie wyprali. A jak Harrington?
- Odstawiła taki spektakl, że chyba nawet Snape miał dosyć. Założę się, że ją objechał, jak tylko znaleźli się w tym ich zafajdanym, śmierdzącym korytarzyku prowadzącym do lochów. Mamy naprawdę szczęście z McGonagall. To równa babeczka, mówię wam, uratowała mi tyłek jak nic. Surowa, ale sprawiedliwa. Nie to co ten oślizgły gad. Jak pomyślę, że po kolacji mam tam iść znowu, to zaczynam myśleć, że w tym mugolskim ogólniaku nie byłoby tak źle. On mnie dziś zadręczy, będzie chciał się zemścić. Czuję to dziewczyny.
Lillian westchnęła i zapadła się głębiej w fotel.
Gdy po kolacji szła do lochu Snape'a czuła, że przygotował dla niej coś paskudnego.
Stał przy swoim biurku wyciskając jakąś oślizgłą roślinę do kociołka. Z pomiędzy palców wyciekało coś, co wyglądało jak brudna krew.
- Dobry wieczór - powiedziała ostrożnie i podeszła do preparatora. Przyniosła ze sobą otrzymaną rano paczkę i teraz delikatnie położyła ją na kamiennej posadzce i zaczęła rozwiązywać sznurki.
- Powiadomiłem już twojego opiekuna.
Lillian drgnęła. Odwróciła się gwałtownie do Snape'a.
- Sądzę, że opiekun powinien widzieć co wyczynia podopieczny. To zapobiega podobnym incydentom w przyszłości - wycedził Snape i z uśmieszkiem powrócił do wyciskania tego czegoś, co z bliska okazało się być mięsnym ochłapem. Lillian wolała nie zastanawiać się z jakiego to stworzenia.
- Przygotowuje pan sobie kolację? - wyrwało jej się.
Snape nie odwracając się od swojego biurka i wypatroszonego ścierwa powiedział wolno, jakby smakował każde słowo:
- Lucjusz Malfoy ma się aportować w Hogsmeade. Niedługo tu będzie.
Lillian upuściła srebrną rurkę, która z głośnym brzdękiem upadła na posadzkę i potoczyła się aż pod biurko Snape'a.
- Podobno, chce ci osobiście udzielić reprymendy, Van Tassen.
Wpatrywała się z nienawiścią w plecy Snape'a. W tym momencie ciężko było jej zdecydować kogo nienawidzi bardziej. Jego czy Lucjusza.
Zaczęła gorączkowo myśleć. Powiedzieć Snape'owi? Zaufać mu? W końcu jest nauczycielem. Odrzuciła tę myśl. To by było dopiero upokorzenie. Poza tym nie pomoże jej. Podobno byli kumplami z Lucjuszem, jeszcze ze szkoły. A może on już wiedział? Może Drusilla mu powiedziała.
Chwytając się ostatniej deski ratunku, odezwała się słabym głosem.
- Panie profesorze, źle się czuję. Chyba się przeziębiłam na tym deszczu. Czy mogłabym pójść już do pokoju. Jutro posiedzę dłużej. Obiecuję.
Snape odwrócił się. Spojrzenie jego czarnych oczu wciąż pozbawione było obojętne, jednak usta uśmiechały się z dziwną satysfakcją.
- Nawet panna Harrington udaje lepiej od ciebie. Wracaj do roboty Van Tassen.
Nędzny, złośliwy gad. Gdyby teraz uciekła do wierzy gryfonów byłaby bezpieczna. Malfoy nie ma tam wstępu a sypialnię dziewczyn dodatkowo strzegą staroświeckie zaklęcia, odrzucające osobników płci męskiej, którzy próbują tam wejść.
Było jednak za późno.
Drzwi lochu otwarły się z hukiem. Lillian zacisnęła dłoń na różdżce, którą trzymała w kieszeni.
Lucjusz Malfoy wszedł jak do siebie. Zdecydowanym krokiem. Ubrany był w czarny, elegancki strój podróżny. W dłoni trzymał czarną laskę wykończoną srebrną głową węża, godła Slytherinu. Odrzucił do tyłu swój płaszcz i długie, jasne, prawie białe włosy. Omiótł pomieszczenie władczym spojrzeniem, które spoczęło najpierw na Snape'ie a potem zjechało na krwawy ochłap, który Snape wciąż trzymał w dłoniach. Lucjusz skrzywił się z odrazą.
- Witej Severusie, mój drogi. Wybacz, ale nie podam ci ręki.
Jeszcze raz wymownie spojrzał na broczący krwią kawałek mięsa.
Snape w milczeniu i bez zainteresowania skinął mu głową. Lucjusz przeniósł spojrzenie na Lillian. Wskazał na nią palcem w czarnej, skórzanej rękawiczce.
- A ty moja panno chodź ze mną. Mamy do pomówienia.
- Mam szlaban. Muszę to skończyć, ...wujku - odparła przez zaciśnięte zęby.
- Profesor Snape, nie będzie miał nic przeciwko temu, jeśli zabiorę cię na chwilę. Wiadomość o twoim zachowaniu przerwała mi bardzo ważne spotkanie w interesach, moja droga. Jestem bardzo, bardzo niezadowolony. Mogę ją na chwilę zabrać, Severusie? - powiedział to tonem nie znoszącym sprzeciwu.
Snape nie odezwał się. Podszedł do archaicznej umywalki, stojącej w rogu i zaczął wolno opłukiwać ręce.
- Lillian, idziemy! - rzucił Malfoy.
Lillian ostatni raz popatrzyła na Snape'a, który stał teraz do niej tyłem i poszła za Lucjuszem. Wyszli na korytarz. Tam Lucjusz złapał ją za ramię i zacisnął na nim dłoń, kierując ją w stronę bocznego korytarza. Był to wąski, ponury korytarz, oświetlony jedną, samotną, dogasającą świecą. Lillian nigdy tu jeszcze nie była. Puścił jej ramię i chwycił ją za brodę obracając jej twarz ku sobie.
- Byłaś niegrzeczna?
- Zamknij się i zabieraj łapy - warknęła odsuwając twarz od jego ręki i robiąc krok w tył.
- Nie tym tonem, moja panno.
- Zamknij się – powtórzyła. Dłoń zaciskała na różdżce tak mocno, że aż pobielały jej knykcie. Wiedziała jednak, że nie może jej przeciwko niemu użyć. - Pół roku i cię zniszczę skurwysynu.
- Pół roku Lillian, tu dużo czasu. A na razie musisz mnie słuchać. Rada nadzorcza wyznaczyła mnie na twojego opiekuna na ostatnie sześć lat. Nic na to nie poradzisz.
Powoli zbliżał się do niej z sadystycznym uśmieszkiem, jakby cała sytuacja niezmiernie go bawiła. Lillian była już przy murze. Lucjusz oparł jedną dłoń o ścianę, tuż obok jej głowy.
- Nędzne ścierwo - wycedziła z najwyższą pogardą. - Już się ciebie nie boję, nie mam już czternastu lat. Napawasz mnie najwyższym wstrętem. Nie możesz sobie zdobyć kobiety w zwyczajny sposób? Każdą musisz zastraszać, żeby ci uległa? Albo jej płacić? Widziałam cię na ulicy Rozpustnej, naprawdę nisko upadłeś...
Wymierzył jej siarczysty policzek. Odrzuciło jej głowę w bok i jasne włosy zasłoniły jej twarz. Oddała mu momentalnie. Pierścionek na jej palcu skaleczył go w policzek. Z rozcięcia popłynęła strużka krwi.
Lucjusz złapał ręce Lillian i przycisnął je mocno do ściany nad jej głową.
- Inaczej mówiłaś ostatnio. Tak. Zupełnie inaczej. Mam ci przypomnieć, kochanie? To ta szkoła źle na ciebie działa. Ale nie oszukuj się ty mała jędzo, masz naturę ladacznicy.
Szeptał jej prosto w usta.
- Ty jesteś inna, wiesz. Twoi kochani rodzice trochę przesadzili, jeśli wiesz co mam na myśli... Każdy chce cię mieć. Nic na to nie poradzisz. Nawet ten zdechły glonojad w lochu, przeżarty zgorzknieniem i nienawiścią do całego świata. Pewnie doprowadza go do szału, że nigdy nie zaspokoi targającej nim żądzy między twoimi nogami.
- Zamknij się w końcu, Malfoy - warknęła wściekle.
Ich usta już się stykały. Czuła jego gorący oddech.
- Zrób to szybko i wynoś się – wycedziła z odrazą, przymykając oczy.
- Chcesz tego, prawda. Przyznaj tylko, że chcesz Lillian a przestanę.
Nadgarstki już jej ścierpły. Lucjusz napierał teraz na nią całym ciałem. Wepchnął kolano między jej uda.
Usłyszeli szczęk ciężkich drzwi lochu. I kroki. Lucjusz puścił Lillian. Wiedziała, że nawet on musi być świadom, że Snape chociaż dawny kumpel i ze Slytherinu, jako nauczyciel nie będzie mógł przejść do porządku dziennego nad czymś takim. Odsunęli się od siebie. Lillian masowała sobie nadgarstki, Lucjusz poprawił płaszcz i odrzucił włosy do tyłu. W korytarzu pojawił się Snape. Obrzucił ich uważnym spojrzeniem. Dłużej zatrzymał wzrok na czerwonym śladzie na policzku Lillian i na krwawiącym rozcięciu na twarzy Lucjusza. Jednak ani jeden mięsień na jego twarzy nie drgnął.
- Chyba już wystarczy, co? Masz coś do zrobienia Van Tassen. Rodzinna sprzeczka może poczekać do Bożego Narodzenia.
Lucjusz uśmiechnął się paskudnie.
- Tak Lillian. Oczywiście musisz przyjechać do nas na święta. Narcyza będzie zachwycona.
- Nie wątpię - mruknęła Lillian, minęła Malfoya rzucając mu. - Na razie wujku.
Malfoy skinął głową chłodno Snape'owi, który przyglądał mu się uważnie i skierował się ku schodom prowadzącym z lochów.
|
|
|
10-14-2009, 20:32
|
#16
|
|
Niepoprawny marzyciel
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
|
Rozdział czwarty. Wina i kara 4/4
Lillian weszła z powrotem do gabinetu Snape'a. Loch wydał jej się teraz nader przytulnym i miłym miejscem. Nawet oślizgłe stworzenia w słojach zdawały się być uroczym elementem wystroju wnętrza. Podeszła do biurka i podniosła srebrną rurkę, która wcześniej upadła jej na ziemię. Chwilę patrzyła na nią jakby nie wiedziała co to takiego, ale po chwili zbliżyła się do preparatora i zamontowała ją. Za jej plecami Snape powrócił do sporządzania eliksiru.
Lillian przyzwyczaiła się do rutyny szlabanu i atmosfery panującej w lochu - mówił aksamitnym głosem interpretator myśli, gdy spojrzeli w następne wspomnienie. - I do Snape'a, który sporządzał tuż obok mikstury. Widziała jak czytał zamówienia od pani Pomfrey na różne medykamenty. Śmieszyło ją, że Snape zawsze z upodobaniem wykreślał z instrukcji punkt zalecający dodanie soku z porzeczki lub malin, co miało poprawić smak lekarstwa. Widocznie uważał, że lekarstwo ma być skuteczne, ale niekoniecznie musi być smaczne.
Jej szło coraz lepiej. Części zamienne i informacje, które otrzymała od szwajcarskich specjalistów, okazały się bezcenne.
I tak pewnego mroźnego, grudniowego wieczoru...
- A niech mnie! - wyrwało jej się tak głośno, że Snape podniósł wzrok znad czytanej księgi. - Przepraszam, ale chyba udało się. Niech pan zobaczy, panie profesorze.
Była tak zachwycona powodzeniem, że zapomniała jak bardzo go nie lubi. Po prostu był jedyną osobą, której w tym momencie mogła pokazać swoje dzieło.
- Działa!
- Sprawdźmy - powiedział bez entuzjazmu. - Przydałby się skondensowany proszek z poroża łosiorożca.
Podszedł do półek z ingrediencjami i wyjął z niej prawie pustą, zakurzoną fiolkę z resztką jakiegoś szarego pyłku na dnie. Gdy podszedł do maszyny, Lillian chciała wyrwać mu ją z rąk i sama sprawdzić. Opanowała się i pozwoliła mu wsypać mikroskopijną ilość proszku do podajnika. Proszek rozjarzył się świetlistym, srebrnym blaskiem. Stali obok siebie wpatrzeni w system rurek i błyszczącą kulkę, która podróżowała szklanym tunelem. Przypominała nieco migoczącego znicza. Maszyna wydała odgłos, który brzmiał jak westchnięcie. I po chwili zaczęła wyrzucać do pojemnika sproszkowaną substancję. Snape zbliżył się do pojemnika i wziął szczyptę proszku w palce. Rozkruszył i rozsypał.
- Hm - mruknął. - Tak, chyba działa.
- Hurra! - wrzasnęła Lillian wyrzucając ręce w górę i obracając się do nauczyciela. - Udało się! Ale jaja. Tak naprawdę to nie sądziłam, że się uda.
- Pewnie był to przypadek - Snape uśmiechnął się krzywo.
Opuściła szybko ręce odrobinę zmieszana i pomyślała, że raczej piątki sobie z nim nie przybije.
Ale nawet jego mina nie mogła popsuć jej radości. Była to chyba najlepsza rzecz, jaka przydarzyła się w ciągu tych ostatnich, okropnych tygodni.
Popatrzyła na zegarek.
- Jest dopiero za dwadzieścia dziesiąta. Ale czy mogę już iść skoro skończyłam? Jutro zacznę następny szlaban.
Snape zastanowił się.
- Idź. I pamiętaj, że masz napisać wypracowanie o użyteczności wyciągu z wątroby szczuroszczeta i jakie dolegliwości skórne można nią leczyć.
|
|
|
10-14-2009, 21:10
|
#17
|
|
Czytelnik horoskopów
Zarejestrowany: Oct 2009
Posty: 11
|
Muszę przyznać, naprawdę ciekawie piszesz i ten FF strasznie wciąga!
Ta doza tajemniczości i orginalny pomysł... Oby tak dalej! ^^
Nie mogę doczekać się następnej części
Pozdrawiam 
Elia
|
|
|
10-17-2009, 11:59
|
#18
|
|
Niepoprawny marzyciel
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
|
Rozdział piąty. Postanowienie 1/6
Rozdział piąty. Postanowienie 1/6
- Pewnej grudniowej nocy, około trzeciej nad ranem zaczął padać śnieg - głos interpretatora, gdy po raz kolejny pochylili się nad myślodsiewnią, zabrzmiał cicho i melodyjnie, jakby opowiadał dzieciom bajkę na dobranoc. - Lillian zbudził, jeszcze przed świtem, szum wiatru, hulającego wokół wierzy Gryffindoru. Próbowała wrócić z powrotem do snu, w którym wynajdywała niezawodną maść na garbaty nos, ale nie udało jej się. Leżała więc w ciemności, wsłuchując się w wiatr i patrząc w pokryte szronem okno, za którym wirowały płaty śniegu.
Ogarnął ją niepokój. W ogóle dziwnie się czuła i nie mogła zlokalizować przyczyny tego stanu. To było coś nowego i niepokojącego. Było jej smutno i czuła się wyobcowana, tak jak nigdy do tej pory. Jak nigdy podczas swojego samotnego życia, wypełnionego opiekunami, którym zarząd korporacji płacił wysoką pensję, by się nią zajmowali, wykazywali zainteresowanie jej postępami w nauce, pamiętali o urodzinach i zapewniali, że jest ważna, potrzebna i kochana. Przyzwyczaiła się do służbowych uśmiechów wokół i zadawanych jej uprzejmym, łagodnym głosem pytań. I do tego, że nikt nie był ciekaw odpowiedzi na nie. Pomyślała gorzko, że jedyną osobą, no może poza Fanny, dawną opiekunką jej matki, dla której cokolwiek, kiedykolwiek znaczyła, był Lucjusz. On jedyny z nią rozmawiał nie dlatego, że musiał, ale dlatego, że lubił. Tylko, że potem wszystko zepsuł.
Dlaczego więc teraz, gdy była w Hogwarcie, gdzie była bezpieczna, gdzie znalazła przyjaciół, i gdzie bardzo jej się podobało, czuła się tak źle. Źle? To nie było to. Czuła się tak, jakby w okolicach mostka zagnieździł jej się jakiś gad.
Miała ochotę wstać i stąd wyjść. Tak cicho, by nikt nie zauważył.
Snuć się jak lunatyk. Jak duch. Przemierzać puste korytarze. Zobaczyć, gdzie prowadzą te, których jeszcze nie zbadała.
Korytarz rozwidlał się. Ten mężczyzna w okularach też cierpiał. Stał i patrzył. Zazdrościł i nienawidził. I wstydził się tego nędznego uczucia.
Długie palce w kasztanowych włosach.
- Tom, to jest szaleństwo. Tom, nie wolno nam.
Przystojny młodzieniec kładzie wąski palec na ustach. Uśmiecha się. Jest to uśmiech psotnego chłopca, uroczego łobuza. Ona też odpowiada uśmiechem, ale jej uśmiech jest nieśmiały, przepojony poczuciem winy. Długie palce dotykają guzików jej skromnej, prostej, zapiętej pod szyję sukni. Jego usta są niebezpiecznie blisko jej ust.
Zrób to szybko.
Siedzi w salonie Malfoy'ów.
- Narcyzo zostaw nas na chwilę.
Srebrnym końcem laski unosi jej brodę. Odgarnia jej włosy.
Serce tłucze jej się w piersi, w skroniach pulsuje krew. Patrzy jak zahipnotyzowana w jego jasne, zimne oczy.
On przygląda się jej z zainteresowaniem, jakby czegoś w jej twarzy szukał.
Doskonale.
Kobieta o oczach węża pochyla się nad Lucjuszem.
- Więc tak się z tobą życie obeszło, drogi, stary przyjacielu?
Przekrzywiając głowę, ogląda jego długie, białe włosy i szczupłą, zapadniętą, pooraną zmarszczkami twarz, ze śladami dawnej urody.
- A co powiesz o mnie? - pyta wężousta zimnym, wysokim głosem. - Poznaj ostatnią łaskę Lorda Voldemorta. Jeśli chcesz, nie będzie bolało.
Uśmiecha się. Jej uśmiech jest pośmiertnym grymasem na wykrzywionej twarzy trupa. Z jej ust wysuwa się czarny, rozwidlony język.
Lucjusz się boi. Lillian czuje ten jego strach i jest jej przykro. Nikt nie zasłużył na taki los. Nawet on. Jest jej żal Lucjusza. Naprawdę żal.
Miłość. To potężna broń.
Kapelusz spadł z głowy kobiety. Kasztanowe, falujące włosy rozsypały się na ramiona. Odepchnęła go. A potem nie miała już siły. Przymknęła oczy. Zagryzła pobielałe wargi. Skoro tak być musi. Jej sekret był bezpieczny. Reszta nie miała znaczenia.
Miłość. To potężna broń.
Trzeba jednak pamiętać, że może to być broń obosieczna.
- Muszę ci coś powiedzieć - Lillian podnosi wzrok. Jej głos, mimo że drży, jest zdecydowany, już za długo milczała, on musi to teraz zrozumieć, bo potem może być za późno. Na moment zatrzymuje spojrzenie na widoku rozciągającym się za otwartym oknem. Piękny, czerwcowy dzień dobiega końca. Niebo jest różowozłote a powietrze przesycone upajającym zapachem ziół. Ciepły, delikatny, letni wiatr rozwiewa jej włosy. Ostatnie promienie słońca rozświetlają na moment jej podkrążone, zmęczone oczy. Wstaje z lekkim trudem. Robi dwa kroki w jego stronę i zaczyna mówić. - Nadejdzie taki dzień, że będziesz musiał się zdecydować. Są dwie drogi. Nie potrafię powiedzieć, która jest lepsza.
- A ty gdzie wtedy będziesz? Na wakacjach?
Miała to rozegrać inaczej, ale teraz czuje dławienie w gardle. I łzy ogromnego żalu, które cisną się jej do oczu. Już nie może ich powstrzymać.
Od strony jeziora letni wiatr przynosi woń szuwarów i zgnilizny.
Lillian zerwała się. Było już prawie jasno. Jej twarz była mokra od łez. Przepełniało ją uczucie bolesne i słodkie zarazem. Jakby w jednym momencie traciła coś bardzo cennego, może nawet najcenniejszego a równocześnie zyskiwała coś równie ważnego o czego istnieniu nie miała pojęcia.
- Zaraz - przerwał Harry, unosząc głowę znad myślodsiewni. - Chwileczkę. Co ona widziała?
- Widziałeś jej sen? - zdziwiła się Hermiona.
- A wy nie?
- Ja słyszałem tylko bajanie tego Hermionowego interpretatora – odparł Ron, przeciągając się. - Zniewieściały bubek, prawie mnie uśpił.
- Ron uspokój się - upomniała go Hermiona i wlepiła spojrzenie w Harry'ego. Dumbledore, McGonagall i Snape też patrzyli na niego z zainteresowaniem. - Widziałeś ten sen? Ja widziałam tylko zamglone strzępy. Takie krótkie urywki. Widziałam tego nędznego drania Malfoya, jakąś dziwną kobietę i... - zmarszczyła brwi. - Tak, był tam też chyba Voldemort, ale bardzo młody a potem Lillian, smutna i jakaś taka nie wiem, zmęczona... i tyle.
Harry milczał. Zobaczył siebie w śnie Lillian. Jak to możliwe? Jak to możliwe, że ta dziewczyna śniła czterdzieści lat temu, o jego wczorajszej rozterce i nędznym uczuciu, które owładnęło nim na moment. Nie miał ochoty dzielić się tym co zobaczył z innymi.
- Ona widziała mnie - powiedział oględnie. - Śniłem jej się. Tylko przez moment, ale to byłem ja. Potem pojawiły się inne sceny. Bardzo niewyraźne. Jakbym obserwował je z daleka. Widziałem Voldemorta z jakąś kobietą...
Dumbledore, McGonagall i Snape wymienili znaczące spojrzenia. Harry'ego zirytowało to. Kiedy zamierzają im wyjaśnić o co chodzi w tym wszystkim. Było zupełnie jak dawniej, jak w szkole. A przecież za starzy już byli na takie podchody.
- To była jego kochanka, zdaje się – kontynuował Harry, starając się na razie zapanować nad rozdrażnieniem. - Ale nie wyglądała mi na złą dziewczynę. Wyczułem jej nastrój, wahała się. Przyciągała i odpychała. Widziałem też Lucjusza Malfoya, co za odrażający typ!
Ku jego zdziwieniu, Dumbledore nie przyłączył się do oburzenia, powstałego w gabinecie, gdy padły słowa Harry'ego. Natomiast McGonagall zmarszczyła brwi z wściekłości i nawet Snape się lekko wykrzywił.
- Nie patrzycie uważnie - odezwał się spokojnie Dumbledore. - To wszystko nie jest takie proste...
- Moim zdaniem to jest proste - wtrąciła Hermiona zdecydowanym tonem. - Ona była jeszcze dzieckiem! A on był jej opiekunem!
Dumbledore westchnął tylko, jakby nie miał w tym momencie siły niczego Hermionie tłumaczyć i zwrócił się do Harry'ego.
- Widziałeś coś jeszcze?
- Jakaś okropna, wężowata kobieta, przypominająca trupa, chciała ukąsić Malfoya. A potem Lillian mówiła do kogoś. To co mówiła brzmiało dziwnie i jakoś tak, sam nie wiem, ostatecznie... Nie mam bladego pojęcia, co to niby ma znaczyć, ale liczę na to, że w końcu wyjaśnicie nam o co w tym wszystkim chodzi...
Postaci na portretach ponownie wymieniły spojrzenia. Harry zagotował się w środku ze złości, ale postanowił dać im jeszcze jeden kredyt zaufania. W końcu Dumbledore nigdy go nie zawiódł, a jeśli czegoś mu nie mówił, albo odkładał to na inny moment, to zwykle miał ku temu racjonalne powody.
- Cóż Harry, całkiem nieźle - odezwała się pospiesznie McGonagall. - Hm, może powrócimy do wspomnień. Skupcie się proszę, moi drodzy. Zwłaszcza pan, panie Weasley.
__________________
Pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem sobie samemu bajek - Olga Tokarczuk
|
|
|
10-18-2009, 21:27
|
#19
|
|
Niepoprawny marzyciel
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
|
Rozdział piąty. Postanowienie 2/6
Rozdział piąty. Postanowienie 2/6
- Jeśli Lillian miała nadzieję, że jej sukces na polu naprawiania maszyn zmieni stosunek Snape'a do niej, to bardzo się myliła - mówił śpiewnym głosem interpretator. Ron prychnął, ale Hermiona uciszyła go sykiem. - Traktował ją na lekcjach eliksirów tak samo źle, jak przedtem i zadawał masę dodatkowej pracy. Wracała zgnębiona po odrobieniu szlabanu i zabierała się za zadania. Ostatnia opuszczała pokój wspólny, po napisaniu wszystkich wypracowań. Miała tak mało czasu i była tak zmęczona, że nie przykładała się do nich specjalnie, były napisane byle jak, więc ani razu nie dostała lepszego stopnia niż "nędzny". Najczęściej jednak był to "okropny". A nawet i jeden „troll” się znalazł.
Drusilla miała za to cały czas ogromny ubaw i razem ze swoją grupą ślizgońskich popleczników z uciechą przysłuchiwała się krytycznym i złośliwym uwagom jaki Snape kierował do Lillian i jej koleżanek. Swoją niechęć do niej rozciągnął bowiem także na jej przyjaciół.
Nie miało znaczenia, czy zrobiła eliksir dobrze, czy źle. Gdy coś jej nie wyszło, była głośno krytykowana i wyszydzana, gdy eliksir udał jej się wyjątkowo dobrze, Snape nazywał to popisywaniem się. Było to jawnie niesprawiedliwe, ale Lillian próbowała nie dać się sprowokować.
- I co Van Tassen? Tym razem się nie udało? - spytał Snape, nachylając się nad jej kociołkiem. - Powiedz mi, jaki kolor miała przyjąć substancja w eliksirze na sen bez snów?
- Srebrnoszary - burknęła Lillian, podnosząc na niego wzrok znad kociołka i usiłując zapanować nad nagłą rządzą mordu, która opanowała jej umysł.
- A jaki kolor ma twój eliksir?
- Srebrno-złoty.
- Nie odróżniasz kolorów Van Tassen? Nie umiesz czytać? Jesteś niedorozwinięta? Czy może, jak zwykle uznałaś, że nie musisz stosować się do instrukcji? - pytał Snape przechadzając się po klasie i już na nią nie patrząc. Drusilla w pierwszej ławce uśmiechała się do Snape'a radośnie, chociaż jej eliksir miał barwę zgniłozieloną.
- To czwarte - odparła Lillian, na co Rozalinda przewróciła oczami, bo doskonale wiedziała, co się zaraz wydarzy, skoro jej przyjaciółka nie potrafi trzymać języka za zębami. - Dodałam odrobinę sproszkowanego rogu jednorożca. To nie jest powszechna praktyka, ale dodanie tego składnika gwarantuje dodatkowo, że człowiek obudzi się w wyśmienitym nastroju.
Snape odwrócił się do niej powoli z miną świadczącą o tym, że on na pewno nie obudził się w wyśmienitym nastroju.
- Dwie rolki pergaminu na temat zasad bezpieczeństwa w pracowni eliksirów i o tym jakie mogą być konsekwencje, gdy sporządzający eliksir kretyn, nie trzyma się instrukcji.
Po lekcji wyszła z lochu wraz z koleżankami. Była przygnębiona, bo za samowolkę na lekcji, Snape jednym machnięciem różdżki opróżnił jej kociołek. Znowu otrzymała zero punktów. Jej nastrój jeszcze się pogorszył, gdy na korytarzu natknęła się na Drusillę w otoczeniu swojej bandy. Ślizgoni najwyraźniej na nie czekali.
- Coś ci nie idzie Van Tassen - uśmiechnęła się Drusilla. - Wiesz, przez moment myślałam, że ty naprawdę masz jakiś plan pozbycia się profesora Snape'a, ale to było tylko puste gadanie, pustego łba, co?
- Szykuj galeony, szykuj galeony - zanucił Lepper i podrapał się po tyłku wielkim łapskiem.
- Podobno odwiedził cię twój ukochany wujaszek - ciągnęła Drusilla z uciechą. - Zostałaś przykładnie ukarana? Czy wujek cię bije? Czy tylko nie potrafi utrzymać rąk przy sobie.
- Zamknij parszywy ryj, krowo! - Lillian zacisnęła pięści.
- A może ty to lubisz? Jak to jest, Van Tassen? Powiedz: lubisz jak wujek Lucjusz daje ci porządnego klapsa?
- Zabiję cię! - wrzasnęła Lillian, przestając nad sobą panować. Franka i Rozalinda momentalnie złapały ją za szatę usiłując odciągnąć od Drusilli, która pękała ze śmiechu. Lepper, Drummond i Smith również rechotali radośnie, a Drummond dodatkowo oblizał się lubieżnie i wskazał na swój rozporek.
- W sumie nie dziwię ci się, że tak sobie zdzierasz kolana - powiedziała Harrington rozmarzonym głosem. - Lucjusz Malfoy jest naprawdę przystojny. Na razie karzełku. Szykuj galeony.
Grupa ślizgonów oddaliła się. Koleżanki puściły w końcu Lillian, która stała chwilę dysząc z wściekłości i wpatrując się w korytarz, na końcu którego zniknęła Drusilla.
- O czym ma ona mówić? - spytała przerażona Franka.
- Bredzi. Po prostu bredzi - powiedziała Lillian lekko drżącym głosem, usiłując zapanować nad gniewem. - Następnym razem mnie nie powstrzymujcie. Bardzo was o to proszę.
- Muszę się wziąć w garść. Koniec tej zabawy - szepnęła Lillian do Rozalindy podczas lekcji transmutacji. - Po nowym roku już go tu nie będzie.
- Lillian, daj spokój. Sto galeonów to dla ciebie niewiele.
- Tu już nie chodzi o zakład. Po prostu mam dosyć ich obojga. Chcę żeby Drusilla zamknęła gębę raz na zawsze, a Snape zapłacił za wszystko co zrobił.
- Jest wredny to prawda, ale...
- Nie rozumiesz – Lillian nachyliła się jeszcze bardziej, zasłaniając się nadgryzionym przez mole melonikiem, który miała transmutować w kapelusz, idealny na wyścigi w Ascot. - Ja się naprawdę staram. Naprawiam te stare graty. Każdy inny nauczyciel powiedziałby chociaż jedno dobre słowo. Albo w ogóle się nie odzywał. Ale nie. Ten popapraniec musi mnie gnoić cały czas. Roz, ja wracam co wieczór z tego zatęchłego lochu i nic mi się nie chce. On mi odbiera chęć do życia. Może przesadzam, może zaczynam już fiksować od nadmiaru pracy, ale z tym człowiekiem coś jest nie tak. Jakby rzucił na mnie jakąś klątwę, albo mnie podtruwał eliksirem odbierającym wszelką nadzieję, paraliżującym wolę i okradającym z wiary w sens życia.
- Jest taki eliksir? - zaciekawiła się Rozalinda, którą eliksiry zwykle interesowały średnio, była z nich raczej słaba, ale musiała zaliczyć je na owutemach, aby móc potem pójść na kurs dla magów Wizengamotu.
- Jak jest to na pewno wynalazł go ten gnojek.
- Panno Van Tassen! - usłyszała nad głową głos McGonagall. - Znowu pani nie uważa. Nadal nie robi pani żadnych postępów. Nie przykłada się pani do nauki. Jak pani chce zdać egzaminy? Jak pani widzi swoją przyszłość? Bo ja ją widzę w bardzo czarnych barwach.
Gdy McGonagall oddaliła się, Lillian szepnęła do Rozalindy:
- Widzisz? Ona też widzi moją przyszłość w czarnych barwach. W przyszłym tygodniu kończę szlaban. Potem są święta. Więc albo mi się teraz uda, albo będę musiała postarać się o następny. Nie cierpię tego przesiadywania w lochu. Można się nabawić kataru i depresji. Ale wiesz co jest najgorsze?
- Nie mam pojęcia – westchnęła Rozalinda, patrząc na stos ubrań, których transmutacją powinna się właśnie zajmować.
- Że się do tego przyzwyczaiłam. Do wszystkiego można się przyzwyczaić, Roz. Chodzenie tam stało się dla mnie codzienną rutyną.
- Błagam cię skończ ten szlaban i już nie staraj się o następny – syknęła Rozalinda, zerkając z niepokojem na McGonagall, która nadal tłumaczyła skomplikowaną formułę transmutacji garderoby.
- Najpierw skończę z nim – odparła Lillian.
- Co chcesz zrobić? - wyszeptała Rozalinda.
Lillian odczekała aż McGonagall się odwróci i odpowiedziała.
- Sprawię, że się skompromituje. Pamiętasz moją rozmowę z McGonagall, tę o mojej babci.
- Tak.
- Powiedziałam, że nie wiem o co jej chodzi. To nie do końca prawda. Moja babcia była wilą. Płynie we mnie krew wili. A wila ma niezwykłą moc. Nie chodzi tu tylko o wygląd. Wiem jak wyglądam. Ale sam wygląd to za mało. Wila ma coś jeszcze. Może sprawić, że normalny, niczego niepodejrzewający facet, zgłupieje do szczętu. Będzie się zachowywał, jak żałosny bałwan.
- Na brodę Merlina! Co ty mówisz? - Rozalinda zasłoniła sobie usta i pokręciła głową. - Chyba nie chcę tego słuchać.
- To jest jak uruchamianie mechanizmu, który jest cały czas w środku, chociaż uśpiony - kontynuowała Lillian, zapaliwszy się do tematu tak bardzo, że nie zwróciła uwagi na pełną zgorszenia minę przyjaciółki. - Oczywiście nie mam takiej mocy jak prawdziwa wila, ale myślę, że na takiego marnego człowieczka wystarczy. Drusilla tak lubi powoływać się na różne paragrafy. Myślę, że Snape złamie już niedługo paragraf o wiele poważniejszy, niż którykolwiek, która ja dotąd złamałam.
Rozalinda patrzyła na Lillian z szeroko otwartymi oczami, wciąż zasłaniając sobie usta.
- No nie wiem, Lillian. Nie lubimy go, jasne, ale to jest naprawdę wredne.
- Zasłużył na to - odparła Lillian zimno.
- Jak daleko chcesz się posunąć?
Lillian skrzywiła się z odrazą.
- Wystarczająco - odparła oględnie, gdyż jeszcze dobrze tej kwestii nie przemyślała. - Najważniejszy będzie czas i miejsce.
Zamilkła wpatrując się przed siebie niewidzącym wzrokiem. Po ustach błąkał jej się nieprzyjemny uśmieszek. Nagle zorientowała się, że Rozalinda nadal się na nią patrzy.
- No co? - spytała odrobinę za ostro.
- Nic - Rozalinda powróciła do transmutowania starych, niemodnych ubrań w wystrzałowe kreacje, jednak cały czas z niepokojem zerkała na Lillian i była tak zdekoncentrowana, że przerobiła bawełniany gorset z fiszbinami w średniowieczny pas cnoty, co spowodowało wybuch wesołości w klasie i bardzo rozzłościło McGonagall.
__________________
Pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem sobie samemu bajek - Olga Tokarczuk
|
|
|
10-26-2009, 12:13
|
#20
|
|
Niepoprawny marzyciel
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
|
Rozdział piąty. Postanowienie 3/6
Gdy Lillian wychodziła wieczorem, by odbyć swój codzienny szlaban, Rozalinda zerwała się ze swojego miejsca przy kominku. Rzuciła z rozmachem czytaną przez siebie książkę w bok, trafiając jakiegoś drugoroczniaka w głowę, ale nawet tego nie zauważyła. Złapała Lillian tuż przy obrazie Grubej Damy.
- Proszę cię ostatni raz. Daj spokój. Mam jakieś złe przeczucia. Przerzuciłam kilka kodeksów. Też możesz wylecieć. Z wilczym biletem. Nie przyjmą cię nawet do Durmstrangu. Odpuść sobie.
- Nie. Skończę z tym co się tu dzieje raz na zawsze.
Rozalinda ze złością poprawiła jej sweter, który opadał lekko, ukazując nagie ramię. Ledwo to zrobiła a sweter opadł znowu.
- Marny trud - Lillian parsknęła śmiechem. - Zaczarowałam go tak, że odpada.
- Czy to jest zgodne z umową?
- A widzisz, żebym miała na twarzy jakieś liszaje?
- Myślisz, że on się nabierze na takie tanie sztuczki? To nauczyciel.
- Słuchaj Roz, on mi wygląda na takiego, co nie ma specjalnego doświadczenia z kobietami. Mogłabym zastosować najtańszą sztuczkę z tanich, a on i tak przykleiłby się jak mucha do lepu. Pewnie ostatnio miał kobietę, gdy koledzy zafundowali mu z litości panienkę z ulicy Rozpustnej. Tylko że ten gad nie ma kolegów, więc pewnie nie miał nigdy nawet najplugawszej dziwki, która się puszcza w dokach za kilka miedziaków i butelkę ognistej whisky. Więc siedzi sfrustrowany w tej zatęchłej norze ze swoimi marynatami z gumochłonów, przecierami z odnóży pląsawek bagiennych i dwugłowymi borsukami i wścieka się na cały świat. Pomyśl Roz, ile on może mieć lat? Trzydzieści? Może trochę więcej. I nigdy nie miał kobiety. Żałosne.
- Tego nie wiesz.
- Niedługo się dowiem. Ale wiesz, byłabym naprawdę zaskoczona, jakby mi się nie udało go omotać.
- Jak tak gadasz, to mam ochotę cię walnąć, serio stara. Jesteś nadęta jak balon. I jak balon wylecisz ze szkoły.
- Nic podobnego.
- Musisz go naprawdę nienawidzić - Rozalinda pokręciła głową z niesmakiem. - W życiu nie słyszałam o czymś równie ohydnym.
- Nie uczyłaś się w Beauxbatons - westchnęła Lillian. - Jak byś zobaczyła co wyprawiają tamte dziewczyny! Mają nawet takie zawody: która zaliczy większą ilość kolegów i nauczycieli. Z tym, że za nauczycieli jest więcej punktów. Hm, ale za Snape'a wiele bym nie dostała... Chyba, że zostałby umieszczony w kategorii „hard to get”. Za tych, z kategorii „hard to get”, czyli surowych i trzymających dystans i „hot”, czyli wiadomo jakich, było najwięcej punktów.
- Robiłaś takie rzeczy? – Rozalinda wytrzeszczyła oczy na przyjaciółkę. - Przecież jak odeszłaś z Beauxbatons miałaś czternaście lat!
- Daj spokój. Już bym nie miała nic lepszego do roboty, tylko spać z jakimiś staruchami. Obserwowałam tylko rywalizację. I zbierałam zakłady – Lillian parsknęła śmiechem. - Tak, Hogwart to w porównaniu z Beauxbatons klasztor o surowej regule. Na razie, Roz.
Lillian uśmiechnęła się do Rozalindy, a ta przez moment wyglądała, jakby zobaczyła ducha. To już nie była przyjaciółka, którą znała. Coś się stało z jej twarzą i głosem. Coś sprawiło, że nie mogła oderwać od tej twarzy wzroku. To: „na razie, Roz”, brzmiało jak najsłodszy komplement. Lillian zniknęła za dziurą w portrecie, a Rozalinda stała, gapiąc się bezmyślnie w miejsce, w którym ta znajdowała się jeszcze przed chwilą.
Lillian zeszła do lochów. W korytarzu prowadzącym do klasy Snape'a, natknęła się na Drusillę, grupę jej popleczników i kilku ślizgonów z młodszych klas. Najwyraźniej na nią czekali. Stali, tarasując przejście. Karl Drummond wszedł jej prosto w drogę, z cwaniackim uśmieszkiem na twarzy. Lillian nie namyślając się, pchnęła go mocno w pierś i warknęła:
- Z drogi, kozi bobku!
Karl zarechotał i jak zwykle zaczął majstrować przy rozporku. Drusilla obejrzała Lillian od stóp do głów.
- No, no, idziesz na randkę, Van Tassen?
- Tak, z twoim chłopakiem. Powiedział, że znudził mu się twój tłusty zadek.
- Zadek - powtórzył Lepper i zaczął rechotać. - Zadek.
Drusilla poczerwieniała na twarzy.
- Pamiętaj czego nie wolno ci używać.
- Jesteś śmieszna. Eliksiry i głupie uroki są dla desperatów i żałosnych frajerów. Hm, takich jak ty.
Lillian minęła Drusillę i skierowała się do lochu Snape'a. Gdy nagle usłyszała wrzask. Harrington rzuciła się na nią i przygniotła ją do ziemi całym swoim ciężarem. Zaczęła ją szarpać za włosy. Lillian, uderzyła Drusillę łokciem w brzuch, zrzuciła z pleców i szybko się podniosła. Wyjęła różdżkę z kieszeni. Drusilla zrobiła to samo. Długie, czarne, zwichrzone włosy sterczały jej teraz na wszystkie strony tak, że przypominała jedną z tych obłąkanych wiedźm, które są stałymi rezydentkami szpitala świętego Munga.
Drzwi lochu Snape'a otwarły się gwałtownie.
- Co tu się dzieje? Znowu bójka, Van Tassen? Chcesz zarobić jeszcze jeden szlaban? A może potrzeba ci czegoś na uspokojenie? Gryfindor traci dwadzieścia punktów. Do klasy. Już. A wy co tu robicie? Wracajcie do dormitoriów.
Nie zaczęło się dobrze, pomyślała Lillian, gdy Snape zamknął za nią drzwi lochu, szybko jednak otrzepała kurz z twarzy i ramion.
- Czym mam się dziś zająć? - spytała, podchodząc do niego i wolno unosząc powieki, tak jakby były zrobione z ołowiu. Poprawiła włosy, które złotą kaskadą opadły na jej plecy i ramiona.
Harry był zaskoczony. Zdanie było zupełnie normalne, a zabrzmiało tak nieprzyzwoicie, jakby kryło w sobie nieskończoną ilość wyuzdanych, rozkosznych możliwości. Poczuł się lekko zażenowany. Pomyślał, że Rozalinda na pewno uznałaby to za tanią sztuczkę. Wyczuwał przy tym uciechę Lillian. I zaczął mieć wątpliwości. Był nią zafascynowany, była śliczna i w pewnym sensie zżył się z nią, jak z postacią w czytanej książce, ale równocześnie nie wydawała mu się już taka fajna. Dostrzegał w niej pewne okrucieństwo. I to okrucieństwo zdawało się ją bawić. Znęcała się nad Snape'em, co przypomniało Harry'emu, jego ojca.
Snape tymczasem rzucił jej ciężkie spojrzenie. Lillian poprawiła szkolną, plisowaną spódnicę i sweter, który momentalnie wdzięcznie opadł z ramienia. W ogóle cała jej garderoba sprawiała wrażenie, jakby uciekała z ciała. Zbliżyła się do Snape'a, stając w odległości, która już delikatnie naruszała społeczną granice uczeń - nauczyciel. Snape cofnął się automatycznie o pół kroku, a Lillian ucieszyła się w duchu. Poczuł się zagrożony. Na początek wystarczy. Tylko odrobinę, żeby nie przesadzić.
__________________
Pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem sobie samemu bajek - Olga Tokarczuk
|
|
|
Zasady postowania
|
You may not post new threads
You may not post replies
You may not post attachments
You may not edit your posts
kod HTML jest Wył.
|
|
|
Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 20:34.
|
|