|
02-21-2010, 09:19
|
#1
|
|
Mięso armatnie
Zarejestrowany: Feb 2010
Posty: 4
|
Czarodzieje, Wampiry, a teraz....Wikołaki...
Rozdział pierwszy.
Spacer z psem.
W pokoju było ciemno i chłodno. Po lewej stronie stało drewniane biurko z komputerem, a naprzeciwko stały regały z książkami. Pod oknem stało stare łóżko, na którym ktoś spał. Na podłodze były wyłożone jasne panele. Koło szafy na ubrania w kłębku chrapał mały, szarawy pies.
Aaron właśnie spał. Był to wysoki, chudy blondyn o brązowych oczach. Mieszkał w brytyjskim miasteczku Cardiff. Miał siedemnaście lat i młodszą siostrę, Alice. Była od niego o rok młodsza. Byłą szczupłą, (w przeciwieństwie do barta) brunetką o niebieskich oczach. Aaron i jego siostra byli adoptowani przez państwo McDawer. Byli to bardzo mili państwo. Pan McDower był nauczycielem historii w jednej ze szkół, a jego żona pielęgniarką w szpitalu. Byli bardzo mili ale i bardzo wymagający. Rodzeństwo musiało mieć dobre oceny z historii i musieli uważać na biologii, ponieważ pani McDawer tego oczekiwała. Nie chcieli ich zawieść, więc starali się jak mogli. Aaron jednak czuł, że to nie jest jego rodzina. Bardzo to odczuwał, ponieważ sam jeszcze pamiętał swoich rodziców, a Alice trafiła do domu dziecka, gdy miła rok. Był piątek. Przed snem Aaron zapomniał zasunąć żaluzji, więc blady blask księżyca padał przez jego okno. Jemu to nie przeszkadzało, ale jego pies nie mógł spać. Chłopiec nazwał go Baster. Pies wskoczył na łóżko i jęczeniem obudził swojego pana.
- Eh, Baster nie teraz.- ale pies nie dał za wygraną i szczekaniem dążył do celu- no dobra, no dobra już idę. Ale się zamknij bo obudzisz innych i będziesz spał na dworze w budzie.
Ziewną szeroko i ubrał się bo wiedział, że pies chce na spacer. Zaspany jeszcze Aaron przypiął psa do smyczy i po cichu, żeby nie obudzić jeszcze śpiącej rodziny wyszedł z domu. Było koło godziny jedenastej w nocy. Był chłodny, majowy wieczór. Na dworze było jasno od blasku księżyca, natomiast nie było widać ani jednej gwiazdy. Baster najwyraźniej zachwycony spacerem rwał się do lasu. Aaron na początku nie zwracał uwagi na to gdzie prowadzi go sznaucer miniaturka. Dopiero przed skrajem lasu chłopiec zatrzymał się. Baster nadal się wyrywał do ciemnego, mrocznego miejsca. Zawahał się przez chwilę, ale drobnymi krokami ruszył za psem. Las był gęsty i co powiew wiatru Aaronowi wydawało się, że kogoś lub coś słyszy. Nawet pies zachowywał się dość niespokojnie. Szli jeszcze dalej w głąb drzew i chłopiec zaczął się bać chociaż nigdy by się do tego nie przyznał. Mięli zawracać, gdy usłyszeli głośnie wycie jak do księżyca. Aaronowi zdawało się, że odgłos ten dochodzi gdzieś blisko niego. Był to odgłos tak jakby wilka, tylko Aaronowi przez krótką chwilę wydawało się to wycie tak podobne do wrzasków, jakby kogoś torturowano. Poczuł panikę i szybko zaczął uciekać nie zważając na to, że pies nie nadąża. Wybiegł prędko z lasu wcale się nie oglądając za siebie. Szybko biegł do domu. Wpadł do pokoju oddychając ciężko i szybko. Pies wskoczył na łóżko i skulił się. Aaron pośpiesznie zasunął żaluzję i położył się do łóżka nie zdejmując ciuchów na wypadek gdyby jeszcze raz coś takiego usłyszał. Nie dochodziło do niego, że już jest w swoim własnym domu. Teraz starał przypomnieć sobie, co dokładnie się stało. Właśnie teraz zrozumiał coś ważnego. Był pewny, że to wycie przypominało krzyk człowieka. Nie wiedząc co o tym myśleć położył się spać, rozmyślając o tym co wydarzyło się w lesie i dlaczego Baster tak ciągnął go właśnie dziś do lasu. Gdy rano wstał była godzina dziesiąta. Poszedł zaspany do kuchni gdzie niezbyt uprzejmie powitała go Alice.
-Dlaczego spałeś w ubraniach? I uh, śmierdzisz potem.
-Ha, ha. Podaj mi masło- odpowiedział chłodno Aaron
Do kuchni weszła ich mama i także tak jak jego siostra spytała się go o ubrania. Była to drobna, chuda kobieta o kasztanowych włosach, i piwnych oczach. Pomimo swojego dobrodusznego wyglądu była surową matką. Nie katowała ich, a wręcz przeciwnie dbała o nich, troszczyła się, dawała im wszystko co było im potrzebne, ale w codziennych obowiązkach trzymała ich na krótkiej smyczy.
-Aaron moje, drogie dziecko, powiedz mi dlaczego spałeś w brudnych ubraniach?- zapytała tonem, jakby przyłapała go na jakiejś psocie.- Pójdziesz pod prysznic i przebierzesz się w czyste ciuchy. Jakby w tej chwili nie docierało do niej, że rozmawia z siedemnastolatkiem.
Chcąc, nie chcąc ruszył pod prysznic. W środku drogi do łazienki usłyszał głos pani McDower ,,A potem zmienisz pościel w swoim łóżku”. Spojrzał wyzywająco na dół i ruszył dalej. Gdy w końcu się umył nie poszedł na śniadanie, a do swojego pokoju. Włączył komputer i gdy tylko kliknął w ikonkę z nazwą ,,Internet” wyskoczyła mu reklama z nową grą o potworach. Aaron na początku chciał to zlekceważyć lecz przyjrzał się uważnie i dostrzegł tak wymyśloną postać, a jednak zaczął kojarzyć sobie ją z wczorajszą nocą. Podekscytowany od razu wyskoczyła mu strona o tych istotach. Aaron zaczął po cichu czytać informację.
Prawie na całym świecie wierzono, że niektórzy ludzie w specjalnych warunkach mogą zmienić się w wilka. Wierzono, że wilkołaki to ludzie, którzy, nie zawsze świadomie, przemieniają się w bestie. W średniowieczu wiara w nie była szeroko rozpowszechniona. W wilkołaki wierzono wszędzie: w Skandynawii, Francji, Niemczech, na Sycylii, w Europie Środkowej i Wschodniej, na Bałkanach i w Grecji. Również w Ameryce, na długo przed wyprawą Kolumba, Indianie wierzyli w wilkołaki. W średniowieczu człowiek oskarżony o wilkołactwo na ogół zostawał zabity. A oskarżony mógł zostać każdy, kto chociaż trochę różnił się od ogółu: miał spiczaste uszy, za duży nos, wystające zęby, zrośnięte brwi, czy zbyt owłosione ręce. Ludzie tacy oskarżani byli o wilkołactwo i praktyki magiczne, a w konsekwencji spalani na stosie.
Wilkołakiem można było stać się świadomie w wyniku wspomnianych wcześniej działań magicznych, jak i nieświadomie. Nieświadome przemiany próbowano tłumaczyć na różne sposoby. I tak, wilkołakiem mógł się stać człowiek, który napił się wody z zagłębień odciśniętych przez wilcze łapy lub z wodopoju, często odwiedzanego przez wilki. W tą krwiożerczą bestię mógł się też zmienić każdy, kto spożył wilcze mięso lub też mięso innego zwierzęcia zabitego przez wilka. W wilkołaka człowiek najczęściej zmieniał się w świetle księżyca, w pełni. Najlepszym sposobem na zabicie takiego potwora był strzał w serce ze srebrnej kuli.
Wilkołactwo często nazywane było likantropią. Jednak mianem likantropii określa się także pewną chorobę psychiczną. Przypadki tej choroby odnotowywano jeszcze przed narodzeniem Chrystusa. Ta dolegliwość psychiczna objawia się tym, iż chory myśli, że jest zwierzęciem lub też w każdej chwili może się w nie zmienić. Chory często posuwał się nie tylko do jedzenia surowego mięsa, ale też morderstw, kanibalizmu, czy picia ludzkiej krwi.
W średniowieczu odbywało się bardzo wiele procesów ludzi oskarżonych o wilkołactwo. Przed sądami stawali nie tylko mężczyźni ale i kobiety.
Najnowszy, bo pochodzący z 1975 roku, przypadek likantropii miał miejsce w Wielkiej Brytanii. Siedemnastoletni czeladnik stolarski, Andrew Prinold, przekonany, że właśnie zamienia się w wilkołaka, w odruchu desperacji wbił sobie nóż w serce. Pasterz Jeana Greniera, z okolic Bordeaux we Francji, w trakcie procesu z 1603 roku "przyznał się", że pod postacią wilka zagryzł i pożarł około 50 dzieci. Utrzymywał też, że zdolność do zmieniania postaci zawdzięcza diabłu, którego przed kilku laty spotkał w głębi lasu. Diabeł miał podarować Grenierowi magiczny balsam i wilczą skórę. Kiedy o zachodzie słońca chłopak smarował swe ciało diabelską maścią i wdziewał zwierzęcą skórę - zamieniał się w wilka. Szczegółowe przesłuchanie wykazało jednak ponad wszelką wątpliwość, że Grenier nie był wcale wilkołakiem, tylko miał po prostu bardzo bujną wyobraźnię. Wymyślał niestworzone historie i święcie wierzył w ich prawdziwość. Po zasięgnięciu porady medyka sędzia uznał, że Grenier nie jest wilkołakiem, tylko cierpi na likantropię. Zalecił więc oddanie chłopca pod opiekę franciszkanów w klasztorze w Bordeaux, w którym chory miał spędzić resztę życia. Niektórzy jednak nie mieli tyle szczęścia. W czerwcu 1609 r. pochwycono w Roermond Jana van Uffelt, którego spalono jako wilkołaka. 5 grudnia 1608 r. oskarżono małżeństwo Maerten i Mayken van Daele o przemienienie dziecka w cielaka a następnie pożarcie go. Wynik tego procesu nie jest po dziś dzień znany.
-Co to za bzdury?- spytał sam siebię.
Aaron szukał jeszcze innych informacji ale nic innego nie znalazł. Przez chwilę wątpił w istnienie jakich kolwiek wyrośniętych wilków, jednak, gdy jeszcze raz wczytywał się w informację zaczynał mieć mętlik w głowie. Instynkt podpowiadał mu, żeby dziś wieczór znowu wybrać się do lasu, tym razem być przygotowanym. Ale to się wiązało z wielkim ryzykiem. A jak zostanie ugryziony albo zaatakowany? Wtedy może zostać wilkołakiem, a może nawet nie wrócić do domu. Wtem otworzyły się drzwi i do pokoju weszła Alice.
-Gdzie byłeś wczoraj wieczór?- zapytała z zaciekawieniem siadając na łóżku.
-Ja… nigdzie- wyjąkał Aaron starając się, aby jego głoś zabrzmiał przekonująco.
-Nie opowiadaj bzdur. Widziałam jak idziesz gdzieś z psem.
-No tak, zapomniałem, że to coś dziwnego iść z nim na spacer-zadrwił Aaron.
-No wiesz, dziwne to jest to, że po raz pierwszy odkąd mamy Basa w ogóle się nim zainteresowałeś. A tak w ogóle, to wiesz, że po ciemku chodziłeś jak niewidomy?
Aaronowi zaczęło robić się wstyd, że ktoś go nakrył na tym i być może Alice widziała jakiego miał stracha kiedy wrócił z lasu. Siedział zastanawiając się nad realną odpowiedzią, gdy usłyszał zbawienny głos jego mamy dochodzący z kuchni.
-Alice, zajdź na dół-zawołała ich mama .
Alice musiała zaprzestać dochodzeń i wykonać polecenie. Aaron odetchnął z ulgą i znowu zaczął się zastanawiać o co chodzi z tą pełnią, wyciem, z psem i czy w nocy znowu wyruszyć do lasu, przewidując najgorsze...
|
|
|
02-21-2010, 15:33
|
#2
|
|
Niepoprawny marzyciel
Zarejestrowany: Feb 2010
Posty: 36
|
Mnóstwo błędów stylistycznych i językowych. W takich pracach nie stosuje się "mowy potocznej" (np. ciuchy).
Myślniki powinny być oddzielone spacjami, np. "-Alice, zajdź na dół -zawołała ich mama . "
Póki co, nie jest to jakoś bardzo interesujące. Można łatwo przewidzieć dalszy ciąg akcji, jednak czekam na kolejne rozdziały
__________________
Cytat:
|
Co ma być, to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
|
Hagrid
|
|
|
02-22-2010, 12:37
|
#3
|
|
Fanatyk, niegroźny
Zarejestrowany: Nov 2009
Lokalizacja: Stolica
Posty: 224
|
Szczerze mówiąc, jak zobaczyła tytuł to nastawiłam się na kompletne dno literackie. Na jakąś Marry Sue, która jest wilkołakiem i dzielnie zmaga się ze swoim "potwornym życiem". Ale pozytywnie się zaskoczyłam , bo wcale tak nie jest.
No skłamałabym gdybym powiedziała, że to opowiadanie jest perełką, bo do takowej formy mu baaardzo daleko, ale nędznym gumochłonem też nie jest i ma szansę wykiełkować.
Tylko spraw sobie betę, bo stylistycznie leży potwornie. Masa powtórzeń i nieciekawie złożone zdania. Poza tym styl za bardzo uproszczony. Jakby absolwent zerówki to pisał. Trzeba trochę życia tchnąć w opisy, bo są za płytkie i przydałoby się ich trochę więcej dla zachowań bohaterów.
Treściowo coś z tego może wyjść. Na razie trudno cokolwiek powiedzieć, bo początek jest o niczym, ale to się sprawdza w opowiadaniach, łatwo wpleść coś w taką sytuację, nie spaliłeś opowiadania od początku, to dobrze o Tobie świadczy, pytanie tylko co będzie dalej
__________________
Quidquid latine dictum sit, altum videtur. Cokolwiek powiesz po łacinie, brzmi mądrze.
|
|
|
02-25-2010, 16:27
|
#4
|
|
Mięso armatnie
Zarejestrowany: Feb 2010
Posty: 4
|
Rozdział drugi.
Podjęte ryzyko.
Aaron zastanawiał się czy to dobry pomysł. Jednak instynkt podpowiadał mu, żeby dziś w nocy wybrać się do lasu. Tym razem starał zaplanować się wszystko dokładnie tak, aby Alice nie zauważyła niczego. Bał się, że wszystko wygada rodzicom, nie miała podstaw, żeby tego nie zrobiła. A może chciała go nakryć na gorącym uczynku? Marzył o tym, żeby jego siostrze wydawało się tylko, że go wtedy widziała. Więc teraz musiał robić wszystko tak, jakby nie wiedział o co jej chodzi gdy go oto zagadywała. Chociaż ten spacer z psem trochę wszystko zepsuł. Przez cały dzień starał się zachowywać normalnie. Jednak w duchu co godzinę powstawało w nim napięcie. Z drugiej strony bał się tego co czeka go w lesie.
Powoli nadchodził wieczór. Aaronowi wydawało się, że serce zaraz wyrwie mu się z piersi. Po kryjomu przygotowywał się do wyruszenia wieczorem. Nastała noc. Aaron udał, że wcześniej położył się spać bo czekanie aż wszyscy zasną byłoby podejrzane. Minuty ciągnęły się w nieskończoność. W końcu dobiła godzina jedenasta i Aaron wiedział, że już pora wyruszać do lasu. Wstał i po cichu, żeby nie obudzić rodziny i psa wyszedł z domu. Była duszna, mglista noc. Miał przy sobie scyzoryk, latarkę i kompas. Pomyślał sobie, że na wszelki wypadek lepiej mieć te rzeczy przy sobie. Alice na pewno wyśmiała go i poszła jedynie z kluczykami od domu. Różnili się od siebie. Aaron był przesadnie troskliwy ale gdy trzeba było nadstawiać kark dla kogoś kochanego bez zastanowienia by to zrobił, a jego siostra? Ona o nic się nie troszczy i zastanowiłaby się pięćdziesiąt razy zanim by się dla kogoś poświęciła. Ruszył niezdecydowanym krokiem do lasu. Gdy doszedł na jego skraj, zawahał się czy nie zawrócić do domu. Ciekawość jednak zwyciężyła i postanowił iść dalej. Zapalił latarkę bo w lesie było ciemno i mglisto. Księżyc rzucał cień na drzewa, więc było trochę strasznie. Ruszył i dopiero teraz uświadomił sobie, że szuka wilkołaka. Co za bzdury? Ale jednak… a co jak się zawiedzie i nie zobaczy wilkołaka? Nagle usłyszał szept i jakby coś poruszyło się w krzakach. Odwrócił się gwałtownie i już miał wyciągnąć scyzoryk gdy ujrzał piękną, smukłą dziewczynę. Miała długie, gęste kruczoczarne włosy i kasztanowe oczy. Aaron nigdy nie widział takiej dziewczyny. Przez chwilę stał jak wryty w ziemię, ale potem zdziwionym ale uprzejmym głosem zaczął rozmowę.
-Ee… cześć.
Dziewczyna patrzyła na niego z oburzeniem. Jak właściciel działki, który przyłapał kogoś na swojej posesji gdy śmiecił.
-Cześć- odpowiedziała zdziwionym i roztrzęsionym głosem.
To pytanie Aaronowi nasunęło się od razu, a miał w głowie jeszcze z kilkanaście.
-Co ty tu robisz? -zapytał.
Przez chwilę milczała ale potem zakłopotanym szeptem powiedziała:
-Ja? A co ty tutaj robisz?- zapytała głosem jakby nie było nic dziwnego w tym, że to ona się tu znajduje.
-Wyszedłem na spacer , to… teraz twoja kolej.
-Ja zgubiłam telefon wczoraj podczas pikniku i poszłam go szukać- oświadczyła z mściwą satysfakcją.
-W środku lasu o godzinie w pół do dwunastej?
-Już jest w pół do dwunastej?!Muszę już iść.- i pobiegła w głąb lasu.
Aaron odruchowo ruszył za nią. W końcu na polanie to ona zatrzymała się i powiedziała:
-Czego ty ode mnie chcesz?!- wykrzyknęła głośno.
Aaron sam nie wiedział czego chciał po prostu dziewczyna bardzo go zauroczyła.
-Chciałem się dowiedzieć o tobie czegoś więcej, no wiesz… ładna jesteś- dokończył nieśmiało.
Dziewczyna wpatrywała się w niego jakby widziała kosmitę. Ale w końcu odpowiedziała:
-Nie dasz mi spokoju, prawda? Dobra. Przyjdź jutro o ósmej. Ale teraz naprawdę muszę już iść.
-Dobrze przyjdę.-Dziewczyna ruszyła truchtem w głąb lasu. Aaron czuł się tak, jakby mu zabrano obiad.-Ale powiedz przynajmniej jak masz na imię!- krzyknął Aaron do oddalającej się dziewczyny. Na początku panowała cisza ale potem usłyszał echo:
-Karmen!
|
|
|
02-26-2010, 22:00
|
#5
|
|
Mięso armatnie
Zarejestrowany: Feb 2010
Posty: 4
|
Rozdział trzeci
Spełniona obietnica
Aaron stał i wpatrywał się w miejsce gdzie zniknęła Karmen. Nie wiedział dlaczego i co to w ogóle ma znaczyć? Poszedł do lasu szukając wilkołaka, a znalazł piękną dziewczynę. Bez wątpienia wolał to drugie. Co ona robiła w środku nocy w lesie? Może też szukała wilkołaka, i przecież nie powiedziałaby mu tego bo myślała, że ją wyśmieje. To wszystko stawało się coraz bardziej ciekawe ale i zarazem dziwne. Aaron zrezygnował z szukania wilkołaka, bo zauroczony Karmen nie był w stanie myśleć. Rozmyślając o dziewczynie aron chwiejnym, drobnym krokiem ruszył do domu. Przez drogę cały czas myślał tylko o kasztanowych oczach, kruczoczarnych włosach o ciemno-malinowych ustach. Wszedł do domu i nie zwracając uwagi na to czy jest cicho czy głośno wszedł do łóżka, ponieważ nie był w stanie nic innego zrobić. Zasnął szybko wciąż rozmyślając o przepięknej Karmen. Teraz znowu był w lesie. Tym razem bez niczego. Bez latarki kompasu i scyzoryka. Szedł z piękną dziewczyną za rękę. Było ciemno, ale szli dalej, aż doszli do polanki gdzie było wszystko widać. Spojrzeli sobie w oczy i już ich usta zbliżały się do siebie, gdy Karmen nagle zamieniła się w wilkołaka. Miała złotobrązowe oczy i duże kły. Zaczął uciekać ile sił w nogach ale potknął się o jakiś wystający korzeń i upadł na ziemię. Już wilkołak zbliżał się do niego i już miał go zranić ale obudził się i zobaczył przed sobą Alice. Leżał w łóżku, w swoim własny bezpiecznym domem.
-Kto to Karmen?- zapytała Alice- to twoja Dziewczyna, koleżanka czy dziewczyna?
-To nikt nie jest , a w ogóle co ty tu robisz? Zabroniłem ci wchodzić do mojego pokoju!
-No tak, ale krzyczałeś i wiesz jak wołałeś? O tak : ,,Karmen nie rób tego, Kaaaarmen!”
Aaron wstał i zaczął popychać Alice do wyjścia podczas gdy ona udawała, że jej brat się z kimś całuje.
-I nie wchodź więcej do mojego pokoju!- zawołał rozwścieczony Aaron i zatrzasnął jej przed nosem drzwi. Odetchnął głęboko i pościelił łóżko. Była niedziela, więc po śniadaniu cała rodzina szła do kościoła. Poszedł do łazienki i odświeżył się przed modlitwą i śniadaniem. Miał na sobie czarny smoking z żółtym krawatem porządnie zawiązanym. Włody miał ulizane więc wyglądał jak kujon. Brakowało mu do tego tylko okularów.
Gdy zszedł na dół, zastał całą rodzinę siedzącą przy stole. Aaron podszedł do lodówki, złapał jakiś jogurt i usiadł na krześle przy stole.
-A może tak jakieś ,,dzień dobry”?- zapytał pan McDawer.
-Tak, dzień dobry-ale nikt mu nie odpowiedział. Wszyscy jedli w milczeniu, a gdy już miał wychodzić Alice powiedziała:
-A wiecie co Aaron krzyczał przez sen? Śniła mu się jakaś dziewczyna, za którą wołał-
O nie. Alice nie mogła tego powiedzieć ich przybranym rodzicom. To by było nawet w jej stylu ale i tak za bardzo wścibskie jak na nią. Pani McDower odłożyła nóż i spojrzała na chłopca.
- Słuchaj- powiedziała miłym ale stanowczym głosem- nie mam nic przeciwko randkowaniu, ale nie chcę zostać babcią mając trzydzieści dwa lata.- oznajmiła.
Alice buchnęła śmiechem, pan McDower lekko się uśmiechnął, a jego żona miała na sobie lekko drwiący uśmieszek. Natomiast Aaron płonął wstydem i tylko skiną głową, żeby jak najszybciej wyjść z tego pomieszczenia.
-Ja już nie wiem co zrobię tej mojej kochanej siostrzyczce?- mruknął sam do siebie gdy wchodził na górę przebrać się na mszę.
Cała rodzina siedziała już w samochodzie i jechali do kościoła. Przez całą podróż nikt się nie odzywał. Msza też przepłynęła spokojnie, ale na ogłoszenie dusz pasterskich ksiądz zawiadomił o czymś parafian:
-Ostatnio komisarz policji poinformował mnie, że znajduje się zwierzęta rozszarpane. Apeluję o ostrożność do wszystkich, a teraz Z Bogiem!- po ogłoszeniu dusz pasterskich cała rodzina wyszła z kościoła i jechała do domu. Tym razem nie było cicho w aucie, ponieważ Alice rozmawiała z panią McDawer.
-Jak myślisz mamo, co morduje te zwierzęta?- zapytała Alice.
-Nie wiem, ale to musi być jakieś duże zwierze skoro z łatwością zabija wilczury.
Przez resztę drogi wszyscy milczeli. Gdy dojechali do domy Aaron jako pierwszy wysiadł z samochodu i poszedł prosto na górę. Położył się na łóżku i zaczął się zastanawiać co powiedzieć Karmen gdy ją spotka? Tak rozmyślając zasnął. Tym razem nic mu się nie śniło.
Obudził się i spojrzał na zegarek stojący przy łóżku. Było za kwadrans pierwsza w nocy. Aaron spadł z łóżka, zbiegł na dół w kościelnych ubraniach, włożył buty i wyskoczył z domu.
Biegł co sił w nogach. Ubrany był w czary smoking z żółtym krawatem. Ogólnie było w porządku, tylko nie pasowały zielone adidasy. Już był w lesie i nie zatrzymując się ani na chwilkę, biegł na polankę. Gdy dobiegł ujrzał straszliwy widok. Na miejscu spotkania leżała Karmen. Skulona, a ubrania miała poszarpane. Zatrzymał się, ale potem ruszył ku nieprzytomnej dziewczynie. Ale gdy ją tylko podniósł, odskoczył, ponieważ tam gdzie miała być śliczna twarz Karmen, był pysk wyrośniętego wilka. Jej furo było puszyste, gładkie i szare. Tylko to nie mógł być duży pies, ponieważ, miała wykrzwiony kark, jakby była garbata. To musiał być sen. Jego wymarzona dziewczyna była WILKOŁAKIEM! Aaron nie wiedział czy uciekać czy zostać i jej pomóc. Jednak na była taka śliczna… już postanowił. Podszedł do niej drobnymi krokami gotów w każdej chwili odskoczyć do tyłu. Był już bardzo blisko niej i nic się nie działo. Wziął ją na ręce, troche z obrzydzeniem i zaniósł w cień drzewa. Natychmiast zamian pyska wilka, widać było już piękną twarz Karmen. Aaron odetchnął z ulgą. Dziewczyna powoli otwierała oczy. Gdy tylko lekko je uchyliła odskoczyła do tyłu. Była przerażona. I Aaron nie wiedział kto bardziej jest zaskoczony czyim widokiem. Obydwoje milczeli, Karmen odezwała się pierwsza.
- Co ty tu robisz?! Miałeś być o ósmej!
-No tak… zaspałem. Wybacz.
- Nie wiem jak można się aż tak spóźnić! Jesteś beszczelny i nieodpowiedzialny!..- chłopak spuścił głowę i już miał zawraciać gdy dziewczyna zaczęła mówić dalej- Ale z drugiej strony muszę ci podziękować.
-Za co?- spytał Aaron bardzo zaskoczony
- Bo… gdybyś mnie nie zabrał w cień ktoś inny mógłby mnie zabić…
-Kto taki?
-Nieważne, ale teraz nie mam wyjścia albo będę musiała to zrobić ja , albo oprowadzę cię po naszym świecie, pod warunkiem, że nie powiesz o nas nikomu, zrozumiałeś?!
-Jasne, wolę nic nie mówić i raczej żyć.
Karmen popatrzyła na niego, odwróciła się i szła dość żwawym krokiem, Aaron oszołomiony tym, nie mając żadnego wyboru bez słowa szedł za nią.
|
|
|
Zasady postowania
|
You may not post new threads
You may not post replies
You may not post attachments
You may not edit your posts
kod HTML jest Wył.
|
|
|
Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 18:16.
|
|