Dziewczyna zmieszana popatrzała na swojego pana. Przecież była w tym pokoju od samego początku.
- Tak, panie?
- Dobrze, że jesteś. Mam dla ciebie zadanie. - wysyczał.
Oczy blondynki rozjaśniły się. Jak bardzo tęskniła za zadaniami, tego nie wiedział nikt. Już od dawna nie zabijała z rozkazu, nie zabijała kogoś ważnego.
- Kogo mam pozbawić duszyczki? - zapytała z rosnącą ciekawością.
-
Ksenofiliusa Lovegood'a.
- Z całym szacunkiem, ale po co? Przecież jest niegroźny. - zauważyła dziewczyna.
Przez twarz Czarnego Pana przemknął cień. Przejechał dłonią po twarzy, wyraźnie zażenowany.
- Dwóch z naszych ucięło sobie z panem Lovegoodem miłą pogawędkę przy Ognistej Whiskey. Niestety, źle ocenili swoje możliwości. Po kilkunastu drinkach zamiast wyciągnąć z niego przydatne informacje, sami opchnęli mu kilka naszych. Zostali ukarani. Nie czekajcie na Davisa i Shmita. - dodał po chwili, a na jego ustach zagościł złośliwy uśmiech. - W każdym bądź razie nasz normalny inaczej przyjaciel nie miał jeszcze okazji skontaktować się z Zakonem. Trzeba go zlikwidować, zanim to zrobi.
Wzrok utkwił w Christinie. Teraz liczyła się tylko ona i jej zadanie. Nie zwracał uwagi na Ginny i Dominica. Starał się dojrzeć w jej oczach chociaż zalążki strachu, czy niechęci. Jednak nie zawiódł się na swojej Śmierciożerczyni. Mordercze ogniki, to jedyne co odnalazł w zielonej toni oczu.
- Doskonale. - podsumował swoją obserwację. - Aktualnie jest w swoim domu. Luny niestety nie ma.
Mina dziewczyny nieco zrzedła. W pobieżnie ułożonych planach widziała długie blond kosmyki umazane krwią. No nic, będzie musiała odłożyć to na później.
- Ale... - kontynuował Czarny Pan - w pobliżu mieszkają Weasley'owie. Podobno zjawili się bliźniacy.
Oj nie, stop. Freda i Georga nie tknę, kiedyś im to obiecała. I wcale nie chodziło o to, że ich siostra ( teraz sztywna jak struna ) siedziała obok. Po prostu za bardzo lubiła tych chłopaków. Zablokowała swoje myśli przed swoim Panem.
- Może i tam zajrzę. - odparła ze sztucznym uśmiechem, tak doskonale wyćwiczonym.
- Dobrze. Aaa, Ginevro. Mam nadzieję, że nie utrzymujesz kontaktów z rodziną.
O ile to możliwe, zesztywniała jeszcze bardziej. Ręce złożone na podołku trzęsły się jej ze zdenerwowania.
- Nie, panie.
- Kłamiesz.
Chłód jaki dało się wyczuć w tym krótkim wyrazie zmroził atmosferę. Ruda dziewczyna znała oklumencję. Problem polegał na tym, że Czarny Pan był w niej mistrzem. Tylko kilkoro Śmierciożerców opanowało tą sztukę na tyle wprawnie, że przez krótką chwilę potrafili oszukać Pana.
- Nie, panie... ja naprawdę... - jąkała się coraz bardziej.
- A gdybym teraz zajrzał pod twoje łóżko, do tajemniczej skrzyneczki, to nie ujrzałbym listów pisanych do rzeczonych bliźniaków?
Zawiesiła głowę.
- Nie kłamie się Lordowi Voldemortowi w oczy. Crucio.
Dziewczyna spadła z kanapy i zaczęła wić się po podłodze. Wrzeszczała przy tym z bólu. Christina ostentacyjnie nie zwracała uwagi na szamocącą się dziewczynę, chociaż w głębi serca pragnęła, żeby przestał.
Dominic z nieukrywanym przerażeniem patrzał, jak rude kosmyki rozsypują się po dywanie.
Nagle wszystko ucichło.
- Nie kłamie się Lordowi Voldermotowi. - powtórzył. Odwrócił się do blondynki. - Christina, nie powinnaś przypadkiem być gdzie indziej?
Rozległ się cichy huk i blondynki już nie było.
***
Deportowała się na wzgórzu, w pobliżu dziwacznego domu. Bez wątpienia dom zdziwaczałego redaktora "Żonglera". Obejrzała się przez ramię. Gdzieś tam, za pagórkami stała Nora. Molly zapewne gotowała te swoje przepyszne obiadki, a bliźniacy testowali nowe 'magiczne dowcipy'. Może był też któryś ze starszych synów. Westchnęła i odgarnęła z twarzy blond kosmyki. Ruszyła przed siebie.
Zapukała. Nic. Zapukała. Cisza.
Wyciągnęła różdżkę i bezceremonialnie wypieprzyła drzwi.
- Puk, puk - zawołała. - Gdzie się chowasz?
Jej głosik był aż nazbyt przesłodzony, ale nie dbała o to, i tak zaraz ktoś tu zginie. I to nie będzie ona.
Rozejrzała się po zagraconej kuchni. No tak, panował tu taki burdel, że mógłby z powodzeniem udawać jakieś szmaty. Ale ona wiedziała, że próbuje się schować na górze, w swojej sypialni. Poczłapała więc po schodach na samą górę. Minęła osobliwą sypialnię Luny ( oh jaka szkoda, że jej nie ma ) i z buta otworzyła drzwi. Od razu go zlokalizowała, stara szafa. Nie żeby była super spostrzegawcza. Po prostu zazwyczaj różdżki nie wystają ze szczelin pomiędzy skrzydłami drzwiczek, prawda?
- Drętwota! - wysapał Lovegood.
Czerwony promień ominął dziewczynę, chociaż ta nie przesunęła się ani o cal. Stała w tej samej pozycji, przewracając tylko oczami. Ruszyła w kierunku starego mebla. Miotał w nią jakimiś urokami, ale odparowywała je bez najmniejszego problemu. Przerażeni ludzie robili jeden zasadniczy problem. Sypali tysiącem zaklęć, które nie trafiały do celu, zamiast rzucić jedno, porządnie wymierzone. No ale cóż, jej to ułatwiało zadanie.
Szarpnęła drzwiami i ujrzała skuloną postać. Siwe, cienkie włosy okalały jego wychudzoną twarz. Teraz już nie rzucał klątw. Skrzyżował ręce w geście obronny.
- Daruj sobie. Chodź no tutaj. Nie będę cię zabijać w szafie.
Złapała go za szatę i wyrzuciła na łóżko. Z narzuty wzbiły się tumany kurzu.
Zakaszlała
- Na brodę Merlina, sprzątasz tu czasem.
W jakimś głupim odruchu złapał lampkę stojącą na stoliku. Dziewczyna spojrzała na niego z politowaniem. Machnęła różdżką, a lampka wyleciała mu z ręki i rozbiła o ścianę. Ciężkie zasłony od razu zajęły się ogniem. Jeszcze jedno machnięcie różdżką i pomiędzy nimi, a płomieniami wyrosła przezroczysta tarcza. Ogień szalał za nią, przynajmniej na razie.
- Ok, mogę cię zabić szybko, ale mam dzisiaj dobry dzień, więc pomęczę cię troszeczkę bardziej. A to tak na rozgrzewkę. Crucio...
- Już? - zapytała. W jej głosie pobrzmiewała nutka nadziei, że mężczyzna nie umarł, tylko zemdlał. Ale nie pomagały zaklęcia ocucające. Zrezygnowana usiadła na łóżku. Patrzyła jak płomienie doszczętnie niszczą zasłony i kilka mebli. Westchnęła głośno i wzruszywszy ramionami wyszła z pokoju. Gdy tylko drzwi zatrzasnęły się, bariera opadła, a rozwścieczone płomienie zachłannie rzuciły się na resztę pomieszczenia.
Wyszła na podwórko. Przeszła kilkanaście metrów i odwróciła się w stronę domku. Ogień szalał już na wszystkich piętrach. Ładny widok, naprawdę ładny...
Zza wzgórza słychać było huk oznaczający deportację. Po chwili na szczycie zamajaczyły dwie, dobrze znane dziewczynie postacie.
Pomachała zaskoczonym bliźniakom i okręciła sie w miejscu.
***
- Wszystko załatwione. - oznajmiła, gdy tylko przekroczyła próg.
Czarny Pan siedział na kanapie i wyraźnie bawił się siedzącą naprzeciw dwójką.