|
11-08-2008, 12:14
|
#471
|
|
Member
Zarejestrowany: Oct 2008
Lokalizacja: Polska
Posty: 35
|
/*Mam pytanie czy mogła byś mnie gdzieś w swojej powieści upchnąć łatwiej mi będzie pisać bo tak nie wiem gdzie mam się znaleść. Czuje się trochę zagubiony. Z góry dziękuje Lady Mary Jane*/
__________________
Yuo get the best out of others when you give the best of yourself
Harry Firestone
Kod:
Na tym forum odgrywam: Michael Crockford'a
|
|
|
11-08-2008, 13:48
|
#472
|
|
Moderator
Zarejestrowany: Mar 2008
Posty: 1,687
|
- Halloween. Zapomniałam. Tyle się wydarzyło… - mruknęła Mary wyciągając nogi na kanapie.
- Masz rację, ale dzisiaj czas się baaać! – zachichotała Claire. Mary także się uśmiechnęła. Siedziały obie na dużym łóżku przy oknie.
- Claire… - zaczęła Emdżej. – Wiesz… Z twoich opowiadań wynika, że wampiry i wilkołaki nie za bardzo za sobą przepadają. – dokończyła patrząc swoimi coraz mniej zielonymi oczami w dal, za lasem. Pamiętała, jak jeszcze pół miesiąca temu w deszcz i niepogodę szli koło jeziora mijając Zakazany Las… W pogoni za trójką wampirów zamierzających odprawić rytuał. Mary drgnęła, kiedy Claire odpowiedziała:
- Mary, zawsze można to zmienić. Lub zatuszować większą ilością perfum. – Claire wyszczerzyła swoje śnieżnobiałe zęby, lecz Mary tylko pokręciła głową.
- Co jeśli… Kiedy staniesz się wampirem… - coraz trudniej było jej dobierać odpowiednie słowa. – nie będzie już tak jak dawniej?
- Mary. – zaczęła poważnie Claire łapiąc swoją przyjaciółkę za rękę. – zawsze będzie tak samo. Obiecuję.
- Cóż… Zawsze będę starać się nie odwracać się od ciebie, chociaż z tego, co Alexander żywi do Alessy wynika, iż nie będzie mi łatwo.
- Jane. Nie rozmawiajmy na ten temat. Dziś jest dzień, który za rok będziemy obchodzić całkowicie inaczej. Może nawet nie razem. Kto wie… Może to nasze ostatnie Halloween?
- Nie mów tak. – potrząsnęła głową Mary. – Nie wolno ci w to wierzyć.
- Zgoda. Ale teraz chodź i nie przejmuj się tym. Głowa do góry, Mary. – uśmiechnęła się Claire, jednak Jane miała wrażenie, jakby Fioletowa nie miała pewności co do tego, czy mówi prawdę. Em jednak nie chciała już roztrząsać tego tematu i wstała niechętnie z łóżka.
- No, to co robimy? – spytała nadal zamyślona.
- Szykujemy przebieranki. – uśmiechnęła się Claire. – połowa ludzi w Hogwarcie chodzi już poprzebierana za duchy i tak dalej. Czas na nas. Jakieś propozycje? – spytała Claire patrząc krytycznie w duże lustro oparte o ścianę. Odbijały się w nim dwie sylwetki.
- Mówisz, że inni poprzebierali się za duchy i takie tam… ? – spytała Mary przekrzywiając głowę i gapiąc się na swoje długie, blond złote włosy.
- Taa… - odparła Claire wykonując ten sam ruch.
- W takim razie… Bądźmy oryginalne i przebierzmy się za… - Mary urwała myśląc, czy to na pewno dobra propozycja, jednak Fioletowa ją uprzedziła odzywając się cichym, nieśmiałym głosem:
- … Wampiry?
Mary uśmiechnęła się i melancholijnie pokiwała głową.
- No, to teraz wystarczy tylko pomyśleć nad pomysłem i wykonaniem. – powiedziała Fioletowa ruszając się z miejsca i idąc szybkim krokiem w kierunku łazienki. Mary poczłapała za nią.
- Co chcesz zrobić? – spytała Jane przyjaciółkę.
- Czary-mary, kochana. – zaśmiała się Claire wyciągając różdżkę i wyszczerzając zęby. Machnęła nią pewnie w ich kierunku. Po chwili wyostrzyły się i dwa górne kły były teraz odrobinę dłuższe i ostrzejsze niż pozostałe.
- Wow. – szepnęła Mary.
- Dalej, podnieś wargi. – uśmiechnęła się Fioletowa. Zaraz potem obydwie stały przed lustrem podziwiając dzieło Fiołeczka.
- Twoje są lepsze. – mruknęła Fioletowa.
- Coś ty. – zaprzeczyła Mary. Po chwili jednak zmieniła temat:
- Czegoś mi tu brakuje, wiesz?
- Co, ty myślałaś, że to już koniec jest? – spytała Claire unosząc jedną brew. Mary spojrzała na nią pytająco. Claire nie myśląc dłużej ponownie wyciągnęła różdżkę i szeroko otwierając swoje morskie oczy wycelowała w nie smukłym kawałkiem drewna. Zamknęła je i błysnęło złote światło. Po chwili, kiedy je otworzyły miały już barwę topazu. Mary rozdziawiła usta i wykrzyknęła:
- Claire, jesteś genialna.
Fioletowa tylko zachichotała i po chwili spytała:
- A ty, Janie, co sobie życzysz?
- Ja? Hmm… - zastanowiła się Mary. – Srebrzyste. Albo nie. Srebrzysto niebieskie. Zrób mieszankę oczu Paula i Louisa. Claire pokręciła głową nadal się uśmiechając. Po chwili Mary stała z zamkniętymi oczyma przed lustrem. Kiedy je otworzyła ujrzała niesamowity widok. Jej oczy były świetlisto-niebieskie otoczone srebrną obręczą.
- Piękne… - szepnęła do Claire. Ta tylko westchnęła. Mary tylko spojrzała na Fioletową. Claire była blada a w połączeniu z jej nowym uzębieniem i kolorem oczu wyglądała jak rasowa wampirzyca.
- Dziewczyno, spojrzyj w lustro.
- Wiem, widziałam. Zamierzony efekt. – ucieszyła się Claire. Mary zerknęła na swoje odbicie i skrzywiła się.
- Jestem za rumiana. – poskarżyła się.
- Zaraz coś poradzimy. – odparła Claire. Machnęła różdżką w kierunku Mary. Emdżej poczuła, jakby na chwilkę weszła pod lodowaty prysznic, lecz to zaraz minęło, a ona nadal była sucha. Podbiegła do dużego lustra w dormitorium i na swój widok rozpromieniła się i zamruczała:
- No, to się nazywa mistrzostwo Fiołeczku.
- Aach, i tak ja jestem bardziej blada. To naturalne, z tobą nie da się już nic zrobić. – odparła Claire uśmiechając się leciutko. Wyglądała pięknie.
- No, to teraz czas się przebrać? – spytała Mary i machnęła różdżką w swoim kierunku. Po chwili stała już ubrana w czarne, skórzane spodnie i czerwoną obcisłą bluzkę z rozchodzącymi się u nadgarstków rękawami.
- Ja wybiorę swój żelazny zestaw. – uśmiechnęła się Fioletowa i już po chwili stała obok Mary w czarnej, zwiewnej sukni w stylu gotyckim. Jej włosy delikatnie opadały na bok czoła, lśniące i pofalowane.
- No, to teraz możemy iść. – powiedziała Mary nadal patrząc na Claire.
- Gdzie idziemy najpierw? – zapytała Fioletowa.
- Mo że pod pokój nauczycielski postraszyć ludzi.
- Fakt, jeszcze nie została wyjaśniona ta sprawa z wampirami. – zaśmiała się Claire a jej ostre żeby zalśniły w blasku ciemniejącego nieba.
- Och, no chodźmy już, nie mogę się doczekać. – powiedziała Mary ciągnąc Claire za rękaw. Nadal czuła w sobie to gorąco, które trawiło ją od kilku dobrych dni. Zresztą z dnia na dzień było coraz gorzej, Mary czuła się naprawdę źle, jednak nie chciała dać po sobie tego poznać.
- Oj, no dobrze. – odparła uśmiechnięta Claire. Rzuciła jeszcze tylko ostatnie spojrzenie na siebie w lustrze i już po chwili dziewczęta, dyskretnie wymykając się z pokoju wspólnego szły korytarzami. Jak na razie nikogo nie spotkały.
- Mary, cholera, chyba wszyscy są w Wielkiej Sali! – szepnęła Claire zatrzymując się.
- No tak. – klepnęła się w głowę Mary. – Balanga z okazji Halloween. Idziemy.
- Idziemy na imprezę! – wykrzyknęła Claire radośnie.
Mary roześmiała się i po chwili schodząc po schodach obie słyszały już pierwsze dźwięki jakiegoś rockowego kawałka.
//Część druga pod spodem.//
__________________
GUNS N' ROSES
Ostatnio edytowane przez Lady Mary Jane : 11-08-2008 o 16:53.
|
|
|
11-08-2008, 16:54
|
#473
|
|
Moderator
Zarejestrowany: Mar 2008
Posty: 1,687
|
- Claire? Mary? – odezwał się męski głos za ich plecami. Dziewczyny błyskawicznie się odwróciły i ujrzały przed sobą Lucia i Alexandra. Ten drugi wpatrywał się w Mary nie wierząc własnym oczom.
- Co ty z siebie zrobiłaś do cholery? – wyszeptał.
- Alex, o co ci chodzi? – spytała Mary kręcąc głową.
- O to, że właśnie teraz, takim… -szukał słowa. – zachowaniem nas zdradzasz! Zdradzasz swój lud!
- Z tym, ze ja nic o nim nie wiem! Nie raczyłeś mnie nawet poinformować…
- Chciałem…
- Zamknij się, teraz ja mówię. Nikt mi o niczym nie powiedział. Nie wiem praktycznie nic. Nie mam pojęcia, czy, jeśli urodzę dzieci, to one też tym się stanął, nie mam pojęcia, czy kiedykolwiek można przestać być tym, czym jestem. Nie pisnąłeś ani słówkiem, a teraz wyjeżdżasz mi z gadkami, że zdradzam swój lud? Nie bądź śmieszny!
- Mary… - zaczął Alexander. Miał na sobie ciemny płacz i wysokie buty. Widocznie przebrał się za jakiegoś wilkołaka z dziewiętnastego wieku.
- Nie, Alexandrze. Nie będę już tego słuchać. Lepiej już, idź… - powiedziała Mary. Claire i Lucio tylko przysłuchiwali się tej rozmowie, stojąc z boku. Luc był jednak jakby nieobecny wzrokiem, zapatrzony w Claire.
- Dobrze. – odparł prawie bezgłośnie Alexander. Podszedł do Mary. Był od niej prawie o głowę wyższy więc pochylił się i pocałował ją w czoło szeptają przy tym:
- Uważaj na siebie. Zawsze będę cię strzec siostro.
Mary poczuła, że łzy napływają jej do oczu, jednak szybko zamrugała i wilgoć spod powiek zniknęła. Po chwili Alexander szedł już korytarzem kierując się ku wyjściu.
- Mary, nie myśl o tym, nie psuj sobie tego wieczoru… - szepnęła Claire, jednak resztę jej słów zagłuszył wysoki, kobiecy śmiech.
- Kundel sobie poszedł… No, no, no. Rozłam w ekipie? – mruknęła Alessa stojąca za ich plecami. Claire i Mary powoli się odwróciły. Alessie uśmiech spełzł z gładkiej, wampirzej twarzy.
- Jak… - zachłysnęła się powietrzem rudowłosa ździra. – Jak śmiałyście tak…
- Zamknij się ruda szmato. I nie nazywaj mojego kuzyna kundlem, bo jeszcze tego pożałujesz.- powiedziała przez zaciśnięte usta Mary. Alessa rzuciła jej piorunujące spojrzenie i warknęła:
- Odważna jesteś, jak na wilczycę przystało, jednak ze mną nie dasz sobie rady nawet z takimi ząbkami. – Alessa ruszyła w stronę Mary.
- Aless. Stój. Wiesz dobrze, że ci nie wolno. Oni nie zdradzili naszego sekretu. – Paul opierał się nonszalancko o bogato zdobioną ścianę. W całej swojej wampirzej okazałości. Alessa tylko wściekle prychnęła, a jej oczy zmieniły barwę na płomienno złoty. Zaraz za Paulem stał Louis, blady, wpatrzony w Mary. Spojrzenia Mary i blond wampira na chwilę się spotkały, lecz Jane szybko spuściła wzrok. Całe jej ciało chciało podejść do niego i dotknąć jego lodowatej skóry, jednak coś mówiło: nie. Alessa? Chyba tak. To ona ja onieśmielała, swoją charyzmą, pięknem… Mary niespodziewanie drgnęła, poirytowana.
- Witaj Paul. – powiedziała Claire unosząc lekko podbródek.
- Claire… Cóż… Za stylowe przebranie. – powiedział Paul.
- W końcu mój pomysł. – uśmiechnęła się Fioletowa.
- No, to co… - wykrztusiła Mary starając nie patrzeć się na Louisa. – Idziemy do Wielkiej Sali czy mamy zamiar tu tak stać?
- Ach, oczywiście, panie przodem. – odparł Paul. Alessa stała z brwi a uniesioną ku górze poirytowana, ale jak zawsze piękna.
Mary szybkim krokiem przecięła powietrze. Ostatnio zauważyła, że coraz łatwiej jej jest się poruszać. Nie męczyła się tak szybko… Wzrok Mary także się wyostrzył. Podobnie słuch. Tylko nie dzisiaj… pomyślała niespodziewanie. Otrząsnęła się i usłyszała głos za sobą.
- Nie powinnaś iść taka zamyślona.
Mary gwałtownie obróciła się odwróciła wstrzymując oddech. Louis szedł za nią bezszelestnym krokiem. Reszta była daleko w tyle śmiejąc się w głos z dowcipu Paula.
- Cóż… Wiem jak dotrzeć do Wielkiej Sali. – odparła Mary, z której nagle odpłynęły wszystkie uczucia, nie czuła się już ani zdenerwowana, ani zadowolona. Nie wiedzieć czemu przestała na te kilka minut odczuwać cokolwiek.
- Mary… Czy wiesz może coś na temat tego, czy Claire czuje cokolwiek do Paula?
To pytanie zbiło dziewczynę z tropu całkowicie. Co jak co, ale tego na pewno się nie spodziewała.
- Nie wiem nic. Wiem tylko, że Claire jest z Luciem. I to bardzo udany związek. Co do Paula… Owszem, wiem, że są przyjaciółmi, ale czy to coś więcej… Nie mam pojęcia.
Louis pokiwał w zamyśleniu głową, lecz po chwili skierował swoje niebieskie oczy na szyję Mary, a ta tylko wdzięcznie się zaśmiała:
- Dobrze wiesz, że jestem z gatunku, za którym nie przepadacie. Nie byłabym dobrym posiłkiem.
- Nie o tym myślałem. – odparł po chwili Louis.
Mary spojrzała na niego, lecz on nie odwzajemnił spojrzenia. Po chwili Mary poczuła na sobie lodowatą dłoń. Odwróciła się i ujrzała Alessę z groźną miną.
- Uh, o co ci chodzi? – spytała Mary.
- Idź już , mam z nim do pogadania. – odparła Alessa odpychając Mary.
- Pójdzie, kiedy będzie chciała, Aless. – powiedział zimnym głosem Louis.
Alessa tylko prychnęła, jednak Mary powiedziała:
- Będzie lepiej, jeśli dołączę do reszty. Miłego wieczoru.
Po chwili Mary nie myśląc o całej sytuacji wchodziła już do Wielkiej Sali. Kiedy już się tam znalazła rozdziawiła szeroko usta razem z Claire. Niebo było atramentowo czarne, żadnej gwiazdki. Przy ścianach płonęły świecie i dynie postawiane na podłogach. Było mrocznie i tłoczno. Claire spojrzała na Mary i uśmiechnęła się do niej promiennie:
- Zapowiada się niezła impreza.
Mary tylko pokiwała głową.
//Koniec.//
__________________
GUNS N' ROSES
|
|
|
11-09-2008, 18:52
|
#474
|
|
Urodzony, by rządzić światem
Zarejestrowany: May 2007
Posty: 3,438
|
- Nigdzie nie idę.
Clover szła szybko po schodach w górę, tupiąc głośno nogami. Fifty musiała przyspieszyć tempa, aby dotrzymać kroku koleżance.
- Clover, przynajmniej trochę się rozerwiemy. Reszta na pewno jest już na dole, dołączymy do nich i...
- Mówiłam Ci, nie. – Koniczynka warknęła i odpędziła od siebie jakieś małe stworki, które właśnie wyleciały z dyni wiszącej w powietrzu. – Halloween. Kto to wymyślił? Na pewno ktoś tępy...
Fifty nabrała wody w usta i postanowiła nie przerywać przyjaciółce monologu.
- ...co za durne dynie, nietoperze, jakieś niebieskie, małe, plugawe, chytre... – Piwooka mruczała cicho pod nosem i zaczęła strzelać zaklęciami w stworki, które zaczęły uciekać na boki, sycząc na dziewczynę. Dotarły do Grubej Damy.
- Hasło?
- Hallowen’owy szał ciał. [Jezu, nie pytajcie.] – Fifty wypowiedziała hasło, stojąc jakby na baczność i czekając na reakcję Clover.
- Co? Ty chyba masz coś z głową, kobieto.
Gruba Dama zrobiła zdumioną, a zarazem urażoną minę. Sus spojrzała na nią przepraszająco i weszła za towarzyszką do wierzy.
No cóż, w Gryffindorze nikogo nie było. Ani żywej duszy, do której można by się odezwać, pokombinować, kogoś podenerwować. Clover prychnęła głośno i usiadła na stole.
- Kurcze, ciekawe co oni tam robią. – spytała na głos, a Fifty uniosła oczy do góry, niedowierzając w to, co właśnie usłyszała.
- No to może się przebierzemy i pójdziemy tam sprawdzić? – dziewczyna wysunęła propozycję, na co Clov zaświeciły się oczy. Zielona ożywiła się i wstała. – A więc za co się przebieramy?
- A kto myśli o przebieraniu się? – Clov znów prychnęła i nawinęła na palec swoje żółte włosy. – Przecież w końcu jest się tą zwierzyną...wiesz co mam na myśli, prawda?
Fifty wyglądała na skupioną, jakby się zastanawiała.
- Nie. Żadnych animagów dzisiejszego wieczora. Jak nie chcesz iść na dół w przebraniu to w ogóle nie idziemy.
Clover natychmiast zrzedła mina. Dziewczyna wstała i udała się do dormitorium. Położyła się na łóżku i patrzyła w czerwone zasłony. Fifty weszła do dormitorium, wsparła ręce na biodrach i spojrzała na przeciwległą ścianę.
- Ekhem... – odchrząknęła i wskazała na okno. Clover wyzezowała na wskazany punkt i ujrzała swoją sowę. Wstała i ociągając się otwarła okno. Szara sowa wleciała do pokoju, zostawiła list na łóżku i odleciała z powrotem.
- To się nazywa uprzejmość.
Fifty zaśmiała się i zaczęła wcinać czekoladowe żaby. Clover usiadła obok niej i otwarła kopertę.
- Co do...? – Piwnooka uniosła wysoko brwi, a żołądek podjechał jej do gardła.
Oczy Clover zaczęły śmigać jak szalone po kawałku pergaminu od Dumbledore’a. Po chwili opuściła pergamin i zamknęła oczy, które zaczęły ją automatycznie piec.
- Co się stało? – Fifty objęła ją ramieniem przyjaciółkę, która wstała i wyglądnęła przez okno. – Mogę zobaczyć...? – spytała, a Clover wzruszyła ramionami.
- Jak brzmi tytuł sierota? – Koniczynka spytała i przełknęła ślinę. – A zresztą...już po paru dniach będę wiedzieć.
Fifty zakryła dłonią usta i oderwała wzrok od papieru. Nie mogła wykrztusić z siebie słowa.
- Nie wierzę w to. – Clover trzasnęła pięścią w stół i usiadła na parapecie. – Pss...oni są powaleni. Czy ty to widzisz? Śmierciożercy zabili moją matkę, mojego brata, moją babcię, a oni mi proponują, abym zamieszkała z Ethanem, który współczynił temu morderstwu. No cóż...albo od wakacji czeka mnie sierociniec, na co w ogóle nie idę. Prędzej zwieję z tąd, niż dam się tam zaprowadzić.
W dormitorium zapanowała lodowata atmosfera. Fifty podeszła do przyjaciółki i położyła rękę na jej ramię. Clover spojrzała na nią z miną niesprawiedliwie osądzonego człowieka i rozkleiła się. Nie dała rady dłużej stłumić tego w sobie.
- To straszne. – Clover mówiła, drżącym i przerażonym głosem. – Mój brat...cudowny człowiek i auror. Moja matka...no, może starała z siebie zrobić osiemnastkę i wciskała się w te miniówy, ale no była dobra w magii. Babka...nigdy już nie zjem domowych obiadów...
Po policzku Fifty poleciała mała łezka. Znała państwa Tucker od dawna i wiedziała, że była to jedna z najlepszych rodzin specjalizujących się w najgłębszych tajnikach magii. Prawie każdy był wybitnym aurorem.
- Połóż się, Clov. Prześpij się z tym. – Fifty pogłaskała ją po głowie i zaprowadziła do łóżka. Przykryła ją i usiadła na skraju.
- Może to okaże się złym snem i jutro wszystko będzie normalnie. – Clover zamknęła oczy i próbowała zasnąć. Fifty przekrzywiła głowę, patrząc na list. Koniczynka miała się zgłosić u dyrektora, gdy go odbierze. Postanowiła, że na razie przełożą to wizytę na jutrzejszy dzień.
__________________
Gówno mnie obchodzi co i kto przywiózł na cargo, nagapiłem się już dość na tych co mieli mieć Gallardo, a prokurator zajął im nawet ich starą Mazdę, zresztą chyba żona przez to zostawiła cię niedawno.
Ostatnio edytowane przez Clover : 11-09-2008 o 19:10.
|
|
|
11-09-2008, 19:49
|
#475
|
|
Moderator
Zarejestrowany: Mar 2008
Posty: 1,687
|
Jane stała i patrzyła na migotliwe światło świec oświetlające Wielką Salę, która była zatłoczona i duszna. Nigdy nie lubiła dużego ścisku, ale dla dobra sprawy postanowiła się poświęcić.
- No, to na co czekamy, dziewczęta? – spytał z przelotnym uśmiechem Lucio. Chłopak wyczuł klimat, bowiem przebrał się za hrabiego Draculę. – Wchodzimy. – powiedział obejmując Claire w talii. – Panie przodem.
Fioletowa tylko zachichotała i weszła z Luciem w tłum. Mary poszła za nimi lekkim krokiem. Dla Jane wokoło dało się wyczuć dobry humor, ekscytację. Starała się oddychać głęboko, by zaraz, zupełnie bez powodu nie wybuchnąć głośnym śmiechem. Raz po raz uczniowie oglądali się za trójką ‘wampirów’ idących przez salę. Claire posyłała im pełne wdzięku spojrzenia. Mary rozglądała się za jakimiś ciekawymi zdobyczami. Cóż, związek z Jimem już na pewno ją nie interesował… A Louis… Była zbyt nieśmiała, by cokolwiek uczynić w tym kierunku.
- Emdżej – zawołała Claire przekrzykując tłum. – Chodźmy może się czegoś napić… ? – dodała mrugając topazowym okiem.
- Taaak… - mruknęła Jane ledwo dosłyszalnie kiwając jednocześnie głową. Zaraz potem cała trójka Gryfonów szła powoli, rozglądając się dookoła, w stołu z napojami.
- Yyy.. Dziewczęta, ja proponuje coś innego. – uśmiechnął się przelotnie Lucio.
- Co takiego? – spytała Mary unosząc brew.
- Wymknijmy się gdzieś. Pamiętacie jak to było kiedyś? Te wyprawy do Zakazanego Lasu…
Mary uśmiechnęła się lekko.
- Tak, dzisiaj księżyc jasno świeci więc możemy śmiało się przejść. – powiedziała zamyślona Claire.
- No, to chodźmy. – zadecydowała Mary.
Miała na sobie tylko skórzane spodnie i czerwoną bluzkę na krótki rękaw, lecz i tak nie było jej zimno. Jej temperatura ciała ostatnio podniosła się dość niebezpiecznie. Tak to bywa u wilków… Pomyślała z gorzką ironią Jane.
Luc torował drogę dziewczynom, które fascynowały każdego, obok którego przechodziły. (dobrze dobrałam ‘którego’? bo już sama nie wiem xD). Po chwili byli już przy wyjściu z Sali, gdzie tłum odrobinę się rozluźnił.
- Nareszcie… - odetchnęła Mary.
- Co nareszcie? – spytał Lucio.
- Nareszcie mogę odetchnąć i wyzbyć się tych wszystkich emocji… - odparła.
- Ach, no tak, zapomniałem. – chłopak podrapał się po głowie.
- No, to teraz Claire prowadzi. – oznajmiła Fioletowa i delikatnie stąpając po ziemi zaczęła prowadzić ich w kierunku mrocznego korytarza.
Słońce w październiku szybko chowało się za horyzontem. Ten dzień nie był wyjątkiem i około osiemnastej zrobiło się już całkiem ciemno. Luc, mary i Claire szli korytarzem w stronę wyjścia z zamku. Atmosfera było odrobinę tajemnicza, zważając na to, że wyglądali jak trójka wampirów.
- No, teraz możemy śmiało zrobić nalot na pokój nauczycielski. – uśmiechnęła się Mary.
- Janie, tam nikogo nie ma. Wszyscy są w Wielkiej Sali. – odparła ze śmiechem Claire.
- A, fakt. – oprzytomniała Mary.
Trójka przyspieszyła kroku . Mary nagle zapytała:
- Czy wampiry przypadkiem nie potrafią czegoś więcej niż ludzie? – jej głos potoczył się echem po korytarzu. Claire spojrzała na nią z tajemniczym uśmiechem.
- Pewnie, że potrafią. – powiedział Luc. – są niewiarygodnie szybkie, mają wyczulony węch i słuch.
- Nie tylko to, Lucio. – powiedziała Claire.
- Jak to? – uniosła pytająco brew Mary.
- Tak to. Czasami wampiry dostają… Hmm… - zastanowiła się szukając odpowiedniego słowa. – Dary. – powiedziała po chwili.
- To znaczy? – spytała Jane. Luc też odwrócił głowę w kierunku Claire.
- Och… No cóż, Paul nigdy nie powiedział mi o swoim, a raczej nie chciał powiedzieć. Co do Louisa nie mam pewności… – Mary wstrzymała oddech. I tak podejrzewała swoje. - … I Alessa chyba nie posiada żadnych. Aczkolwiek może ujawni się jej to po okresie, kiedy będzie już tym normalnym, opanowanym wampirem.
Mary zachichotała, jednak zaraz poczuła zmianę nastroju w atmosferze i przerwała śmiech.
- Co jest? – spytała Claire.
- Hmm… Chyba nie jesteśmy sami. Tak mi się wydaje. – powiedziała po chwile namysłu Jane. Lucio i Claire, nadal idąc, zaczęli się rozglądać, jednak zagadka sama się rozwiązała, kiedy obrócili głowy znów przed siebie. Automatycznie się zatrzymali. Przed nimi stała trójka wampirów. Alessa miała na sobie cudowną, czarną barokową suknie z odkrytymi ramionami. Włosy spływające idealnymi lokami na plecy. Była jeszcze bardziej olśniewająca niż zwykle. Zaraz obok niej stał blady i wysoki Paul, jak zwykle przystojny. Po drugiej stronie o ścianę opierał się Louis, na którego widok Mary zmiękły nogi. Nic jednak nie dała po sobie poznać.
//Nie wiem co się dzieje. Jeśli chcecie, to piszcie, wybaczcie mi, że skończyłam to w takim momencie, ale cholera nic już nie napiszę. =.= Może to potem edytuję, wątpię, ale trzeba mieć nadzieję.//
__________________
GUNS N' ROSES
Ostatnio edytowane przez Lady Mary Jane : 11-09-2008 o 20:57.
|
|
|
11-10-2008, 21:34
|
#476
|
|
Jeszcze zdrowy miłośnik fantasy
Zarejestrowany: Apr 2008
Lokalizacja: Jest takie jedno miejsce a w zasadzie to dwa ;D
Posty: 127
|
//Na początku to chciałam Was bardzo przeprosić, że tak dawno nie pisałam, ale miałam problem z dostępem do neta, a później musiałam nadrobić zaległości w czytaniu. Wiem, że powinnam pisać przynajmniej raz na tydzień ale naprawdę nie dałam rady. Jeszcze raz przepraszam. A teraz zabieram się za pisanie =) Ale nie liczcie na coś bardzo ciekawego, bo już wyszłam z wprawy i mój wen chyba sobie gdzieś poszedł i mnie zostawił...//
Cam zbiegła po schodach prowadzących do Pokoju Wspólnego, który był już prawie całkowicie wyludniony. Tylko pojedyncze zabłąkane owieczki chodziły jeszcze tam i z powrotem czekając na swoich przyjaciół albo drugą połówkę. Przemierzyła szybkim krokiem całą długość pokoju nie zważając na podejrzliwe a zarazem pełne podziwu i strachu spojrzenia jakie na nią rzucali. Już po chwili mknęła korytarzami przepięknie i mrocznie udekorowanego zamku. Halloween to święto które najbardziej lubiła. No może poza Gwiazdką. Uwielbiała tą atmosferę mroku i tajemniczości, która zawsze panowała w tym starym budynku, ale tego dnia była jeszcze spotęgowana przez różnego rodzaju dekoracje. Już miała wchodzić do Wielkiej Sali gdy nagle trzy ciemne smugi przecięły powietrze przed nią. Oho, coś się święci. Pomyślała, bo zdała sobie sprawę, że to Paul, Louis i Alessa zmierzają w kierunku drzwi wejściowych. Nie zastanawiając się długo ruszyła za nimi, bo miała jakieś niejasne przeczucie, że znajdzie tam też swoich przyjaciół. Była w trakcie otwierania tych wielkich i cholernie ciężkich drzwi kiedy ktoś położył rękę na jej ramieniu. Carmen pisnęła i podskoczyła ze strachu wymachując rękami. Aż bała się odwrócić, bo spodziewała się najgorszego. A to by oznaczało, że stoi za nią Snape, albo jakikolwiek inny nauczyciel.
- Przepraszam. Nie chciałem Cię wystraszyć. – usłyszała za sobą męski, delikatny i znajomo brzmiący głos.
Gdy spojrzała za siebie sobaczyła, że stoi tam kuzyn Mary Aleksander, wyraźnie rozbawiony jej przestraszoną miną. Carmen lekko się zmieszała, ale naszczęście nic nie było widać.
- No nie śmiej się ze mnie. Nie spodziewałam się, że ktoś jeszcze błąka się teraz po zamku zamiast być na imprezce. – Blacky zaczęła się tłumaczyć.
- Już, pełna powaga. – Aleksander starał się przybrać poważną minę, ale średnio mu to wyszło. Tym razem to Cam zaczęła chichotać.
- A właśnie gdzie ty się teraz wybierasz tak sama? To niebezpieczne. – stwierdził poważniejąc nagle. – Szczególnie teraz. – dodał już ciszej jakby mówił do siebie.
- Może, ale wiem, że nie mają prawa mi nic zrobić. Zaraz nie będę sama, tylko muszę dojść do przyjaciół, a poza tym to podejrzewam, że będziesz mi towarzyszył, czyż nie? – odpowiedziała Carmen.
- To znaczy, że ty też widziałaś jak ta trójka wampirów stąd wychodziła? – zapytał.
- Jeżeli to można nazwać wychodzeniem to tak. I jestem prawie pewna, że tam gdzie i oni będzie Mary, Claire i Luc. Może też Clo i Sus, ale ich dawno nie widziałam więc nie wiem. No to co? Idziemy? – spytała i nie czekając na odpowiedź ruszyła w ciemność.
Aleksander podążył za nią zmykając najciszej jak mógł drzwi wejściowe. Srebrzysta poświata rzucana przez księżyc oświetlała im drogę. Nic do siebie nie mówili, bo każde było pochłonięte swoimi myślami, ale gdy Carmen zerknęła z ukosa na chłopaka, a w zasadzie mężczyznę stwierdziła, że w tym świetle wygląda jeszcze przystojniej. Blask księżyca ginął w jego ciemnych włosach, ale za to odbijał się przepięknie w jego dużych, orzechowych oczach. Cam potrząsnęła głową, żeby odgonić od siebie teraz takie myśli. Już z daleka mogli zobaczyć sześć postaci odcinających się szarością na tle czarnego jak węgiel lasu. Gdy podeszli bliżej Blacky musiała się powstrzymać, żeby znów nie podskoczyć ze strachu, bo nagle usłyszała obok siebie ciche powarkiwanie i ten sam dźwięk dochodził do jej uszu od grupki stojącej pod Zakazanym Lasem.
- A co wy tu robicie i jak nas znaleźliście? – spytała trochę zaskoczona widokiem Cam w towarzystwie swojego kuzyna Mary.
- Trochę się jednak znamy Em. I nie trudno się było domyślić gdzie was szukać szczególnie jak się widziało naszych „przyjaciół” – to słowo wypowiedziała z lekką ironią- wychodzących z zamku.
Carmen podeszła bliżej i nagle trzy dziewczyny (tzn. Mary, Cam i Claire) wybuchnęły śmiechem. Co prawda Blacky musiała poświęcić trochę więcej czasu przygotowaniu swojego stroju ale efekt był porównywalny z tym, który osiągnęła Fioletowa. Zwykle różowe policzki Cam były teraz zupełnie blade. Oczy zyskały bardzo ciemną oprawę i zmieniły swój kolor na miodowy otoczony dodatkowo czarną obwódką. Na tle kredowo białej twarzy odcinały się jeszcze krwisto czerwone usta. Oczywiście gdy Carmen zaczęła się śmiać dało się zauważyć również wydłużone i zaostrzone kły. Do tego była ubrana w czarną, zwiewną spódnicę do połowy łydki i czarną bluzkę z długim rękawem i sporym dekoltem odsłaniającym bladą skórę. Reszta parzyła na dziewczyny z politowaniem, ale jakoś żadnej to nie przeszkadzało.
- Widzę, że nie tylko ja wpadłam na ten genialny pomysł. – stwierdziła dalej chichocząc Cam.
- A my myślałyśmy, że będziemy oryginalne. – uśmiechała się Janie i puściła oko do przyjaciółki.
- Nie ma czym się chwalić. – wszedł im w dyskusję Aleksander i popatrzył na Em z wyrzutem.
- Kolejna idiotka, która myśli, że może sobie pozwolić na obrażanie nas. – syknęła Alessa. –Ale już nie długo zobaczysz. – powiedziała, jej twarz wykrzywił wyraz kpiącego uśmiechu a ona sama już zbliżała się do Carmen .
- Aless przestań. – Louis złapał wampirzycę za ramię, a Cam nawet nie zauważyła kiedy przed nią stanął Aleksander wydający z siebie ciche powarkiwanie.
- Lepiej trzymajcie ją na wodzy Paul, bo nie ręczę za siebie. – zagroził im rozzłoszczony wilkołak.
- Tak? A co ty mi możesz zrobić parszywy kundlu? – krzyknęła Alessa próbując się wyrwać z uścisku Louisa, ale było to raczej niemożliwe zważając na to jaką siłą dysponował przystojny wilkołak. Za to Jane, której nikt nie trzymał rzuciła się w kierunku Aless i wymierzyła jej siarczysty policzek. Musiało ją to zaboleć, bo głowa przechyliła się jej mocno na bok, a na policzku została czerwona plama.
- Nigdy nie nazywaj mojego kuzyna kundlem. – wycedziła Mary przez zęby. – Rozumiesz?
- Jak śmiałaś? Ty…ty wredna suko? – spytała wampirzyca głosem przepełnionym jadem podnosząc głowę.
Tym razem to Aleksander nie wytrzymał i choć Carmen próbowała go powstrzymać, co było z góry skazane na niepowodzenie, bo nie miała tyle siły, pobiegł w kierunku swojej kuzynki.
//No to jakoś tak wyszło i wiem że skończyłam w niespodziewanym momencie ale już nie dałam rady więcej napisać. Wierzę w to, że uda się Wam to jakoś dokończyć, a znając wasze możliwość pisarskie to jestem tego niemal pewna ;]
__________________
Pęknięte lustro wspomnień przysypane krwią nadgarstków...
Cierniami nasmarowane, kłamstwami odbudowane.
W tym wszystkim kły uśmiechnięte w dziewicy piersi zanurzone, zimnymi palcami podkreślone, lękami ciszy wypełnione...
On tylko wargi oblizał.
Ona? Przeklęta po nocy szukała...
Ostatnio edytowane przez emigratka : 11-10-2008 o 22:30.
|
|
|
11-11-2008, 12:12
|
#477
|
|
Moderator
Zarejestrowany: Mar 2008
Posty: 1,687
|
//Pff, nikomu się nie chce, to ja piszę, ale będzie krótki, bo nie tylko Wam się odechciewa. Swoją drogą i tak uważam, że Gryff spada na pysk, zważając na to co wyprawiacie. Okej, rozumiem, nauka, brak czasu. Każdy praktycznie to ma. Ale moglibyście, k*rwa, ruszyć dupy i chociaż napisać cokolwiek o tym, że odchodzicie. Posta w którym wyjeżdżacie, nie wiem. Bylebyście ogłosili, że już nie piszecie. Cholera. Bo, doprawdy, mam dość ślinienia się do każdego na gg o posty w Gryffindorze. Mi przynajmniej zależy. Nie wiem jak wam. Aha, i ogłaszam, że jak Wam się nie chce pisać, to ja o Was tym bardziej pisać nie będę. Mogę być wredna i zostawię Was w próżni, siedźcie sobie cały czas albo w Wielkiej sali, albo w Pokoju Wspólnym. Albo piszecie posta, w którym odchodzicie, albo zachowam się tak, jak powiedziałam u góry. bo to już, k*rwa ludzkie pojęcie przechodzi =.= I to głównie tyczy się fifty, którą, omg, przestał interesować Harry Potter, Jima, który nie mam pojęcia co odwala i Lucia, któremu wena się skończyła. Proszę, róbcie sobie co chcecie, ale do cholery ciężkiej, napiszcie tego pier*olonego posta, że wam się już po prostu nie chce. Zrozumiem. //
Wydarzenia potoczyły się bardzo szybko. Kolejne incydenty trwały nie więcej, niż dziesięć sekund. Mary rzuciła się na wampirzycę i obie leżały zaraz potem na miękkiej zielonej trawie pokrytej kolorowymi liśćmi. Poczuła na swojej szyi lodowata dłoń, która zacisnęła się na niej niczym metalowa obręcz. Alexander rzucił się na Alessę, próbując odgryźć jej cokolwiek, lecz tym razem to Louis go odepchnął wyciągając Alessę spod Mary i oddalając się z rudą na bezpieczną odległość. Mary warknęła przeciągle pełna goryczy i żądzy zemsty. Nawet nie wiedziała za co chce się zemścić, byleby tylko dopadła Alessę. Ona sobie za dużo wyobraża! Alexander powoli podnosił się z ziemi patrząc na Mary. Jego wzrok nic nie wyrażał, lub był dobrym aktorem.
Alessa nadal była uwięziona w żelaznym uścisku Louisa, Alexander dyszał ciężko a Mary była wściekła. Cały jej gniew, rozpacz i poirytowanie które zbierały się w niej od tygodni wybuchły teraz z przerażająca siłą.
- Ty ruda zdziro, nie chcę Cię tu więcej widzieć! – wrzasnęła Zielonooka i już chciała podejść do Alessy celując w nią swoją różdżką, jednak Claire, która chyba jako jedyna zachowała zimną krew, złapała ją mocno za rękę i nie miała zamiaru puścić.
- Puszczaj! Rozszarpię tą sukę! – krzyczała Mary, jednak Claire nawet nie poluzowała swojego uścisku.
- Jane, przestań wrzeszczeć. To nic nie pomoże. – powiedział cicho Louis. To, że trzymał w uścisku rozszalałą wampirzycę, nowonarodzoną z siłą większą niż jego, nie robiło na nim żadnego wrażenia. – Alessa, spokój.
- Pożałujesz… Jeszcze pożałujesz… - szeptała Ruda ciskając gniewnymi spojrzeniami w Mary.
- Louis, zróbże coś – syknął Paul.
Claire nadal trzymała Jane za ręce, jednak tą już nic nie obchodziło. Powróciło to dawne uczucie, że wokoło nic się nie dzieje. Nie odbierała żadnych emocji, a sama była z nich wyprana. Odetchnęła głęboko i Claire zrozumiała, że to już koniec jej szału. Alessa też jakby przestała przejmować się całą sytuacją. Spojrzała na Louisa bezsilnym wzrokiem i wyprostowała się spokojnie odchodząc na bok. Paul złapała ją za rękę i szepnął jej coś na ucho. Po chwili odwróciła się i pobiegła niewiarygodnie szybko w stronę lasu.
- A więc taki jest twój dar, Louis. – mruknęła Claire patrząc na jego szczupłą sylwetkę. Księżyc jasno świecił nad nimi wszystkimi. Była pełnia. Powietrze było czyste i zimne, jednak Mary nie odczuwała żadnego zimna. Wdychała tylko tlen, żeby uspokoić się całkowicie, odłączyć się od reszty. Miała tego serdecznie dość. Nie mogła być normalnym mugolem, chodzącym do liceum, o normalnym organizmie z normalnymi przyjaciółmi? Zaraz jednak otrząsnęła się z tych myśli. Miała tu wszystko, czego chciała. O nic więcej by nie prosiła. Owszem, były problemy, o których nawet nie śmiała myśleć, jednak wiedziała, że to wszystko minie, prędzej, czy później.
Louis tylko pokiwał głową i spojrzał na Claire. Atmosfera w lesie robiła się coraz gęstsza. Lucio chrząknął nieśmiało i powiedział:
- Wracajmy do zamku. Nie mamy tu czego szukać.
Cam i Alexander pokiwali głowami. Mary nagle zapytała:
- Alex, właściwie co ty tu robisz? Czy nie rozmawialiśmy…
- Mary, nie psuj tego. – powiedziała Claire stanowczo.
Jane tylko spojrzała na nią, potem na Alexandra, który patrzył na nią z lekkim, nieśmiałym uśmiechem.
- Wybacz, Alex. – szepnęła tylko.
- Nie ma sprawy. – odparł beztrosko.
- To co? Idziemy? – spytał Paul, któremu nagle humor się poprawił. Popatrzył na Louisa i puścił mu oko.
- Może jednak najpierw powinniśmy poszukać Alessy? – zaproponowała Mary.
Louis uniósł wysoko jedną brew i spytał:
- Dlaczego mielibyśmy to robić? Czy to nie Ty przed chwilą wrzeszczałaś, że chcesz ją rozszarpać?
Mary zwiesiła głowę i mruknęła:
- Dobrze. W takim razie chodźmy.
- Mary – zaczął Paul. – Alessa jest na polowaniu. Nie chciałabyś raczej być teraz w jej towarzystwie. – urwał. – a teraz masz rację, chodźmy. Uważam, że powinniśmy się rozdzielić. Wszyscy razem moglibyśmy zostać zauważeni.
Zaraz potem wszyscy szli w kierunku zamku. Lucio z Alexandrem i Cam szli razem na przedzie. Zaraz po niech Mary poszła z Louisem, na co nie zareagowała zwyczajnym rumieńcem. Ten błogi stan nieświadomości uczuciowej bardzo jej odpowiadał. Claire i Paul zaczekali, aż Mary i Louis znikną (dziękuję, Claire xD) za rogiem zamku.
- W którym roku się urodziłeś? – spytała nagle Mary. Louis zmierzył ją wzrokiem, który był dość chłodny, jakby nie chciał zdradzać sekretów swojego życia.
- 1890. Urodziłem się wtedy. Pochodziłem z wyśmienitej, francuskiej rodziny. Pewnego dnia… - urwał. – Wybraliśmy się na coroczne polowanie do lasu. Wszyscy mężczyźni i zaproszeni goście. Goniłem za pewnym jeleniem i zapuściłem się dość daleko w las. Błąkałem się około trzech dni, bez wody, bez jedzenia. Byłem na skraju wyczerpania, jednakże dalej brnąłem w las. Głupiec ze mnie. Myślałem, że znam puszczę jak własną kieszeń. Kiedy nie miałem siły na cokolwiek, położyłem się pod dębem i zwyczajnie zamknąłem oczy, oczekując śmierci. W pewnym sensie ją dostałem. – urwał. Spojrzał na rozjarzony księżyc. Jego kredowa cera zalśniła w blasku księżyca niczym tysiąc malutkich diamencików przyćmionych czarnym tiulem.
- Żałujesz… ? – zapytała Mary szeptem.
- Tak. – odparł czystym głosem.
Mary stanęła, Louis także. Odwróciła się w jego kierunku i delikatnie wyciągnęła rękę w jego stronę. Od dawna chciała dotknąć jego policzka.
- Nie… - zdążył tylko szepnąć. Zaraz potem Mary dziwiła się, że jakiekolwiek usta mogły być tak zimne. Po chwili Mary stała przytulona do marmurowego ciała Louisa. Zimno jej nie przeszkadzało. Liczyło się tylko to, że po raz pierwszy od kilku tygodni poczuła się w pełni szczęśliwa. Uśmiechnęła się do siebie, jednak zaraz potem usłyszała jakby warkot… Tak, warkot niedowierzania. Szybko oderwała się od Louisa i spojrzała w stronę lasu, skąd wydobywał się dźwięk.
- Alexander… - szepnęła.
Po chwili wydarzenia potoczyły się niebywale szybko. Wielki, szary wilk z niebywałą prędkością wyskoczył z ciemnego lasu. Louis tylko warknął, wziął Mary w ramiona (Pragnę Jaspera, pragnę Jaspera xD) i po chwili byli już całkowicie gdzie indziej. Przed zamkiem. Louis ‘postawił’ Mary przy wyjściu a sam pobiegł w to samo miejsce. Wszystko działo się niesamowicie szybko. Mary zrozumiała, że za chwilę, między Alexandrem i Louisem dojdzie do walki, więc czym prędzej otrząsnęła się z rozmyślań. Pobiegła w kierunku lasu tak szybko, jak tylko pozwalały jej nogi. Już z daleka było słychać odgłosy walki. Warknięcia syki. Kiedy dotarła na miejsce zauważyła, że Louis leży na wielkim wilku trzymając obie ręce na jego barkach. Ten jednak nie dawał za wygraną i ugryzł Louisa boleśnie w bok. Wampir zawył z wściekłości. Po chwili, nie wiadomo skąd dołączył do nich Paul, rozgniewany i niebezpieczny.
- Przestańcie! Nie słyszycie! Przestańcie! – krzyczała Mary, jednak usłyszała tylko rykj Louisa:
- Odejdź stąd jak najszybciej! Za ludzko pachniesz! Uciekaj do diabła!
Jednak po chwili wszystko się uspokoiło. Claire stała z rękoma wyciągniętymi przed siebie. Louis i Paul odskoczyli od Alexandra jak oparzeni. Wilk tylko zawył przeraźliwie i doskoczył do Mary rzucając ją na ziemię. Louis i Paul byli bezsilni. Nie mogli się ruszyć, Claire cały czas coś robiła. Mary przerażona próbowała odepchnąć Alexandra, jednak powoli do jej mózgu docierała wiadomość: Jeśli kiedykolwiek zawrzesz z nim związek… Nasza rodzina… Nasz lud was znajdzie. Nie będzie litości. Wojna znów powróci. Zaraz potem już go nie było. Claire opuściła ręce i Louis podbiegł do Mary. Miał już normalny wzrok, i zachowywał się w miarę ludzko.
- Nic ci nie jest?
- Nnnie… - zdołała wykrztusić Mary. Louis tylko ją przytulił. Wszystkiego się spodziewała tylko nie tego, że ją przytuli. Odkąd go znała był zimny i niebezpieczny.
- Claire, jak mogłaś! Co by było gdyby ją zabił! – wrzasnął Paul w kierunku Fioletowej, Nie wytrzymałbym widząc jej krew! Ty… Mogłabyś wtedy też ucierpieć! Nie zniósłbym tego.
- Nic by się nie stało. – odparła zimno Claire. – Nic by się nie stało. – powtórzyła. Paul tylko pokręcił głową i złapał Fioletową za rękę. Louis cały czas wpatrywał się Mary, która nagle zaczęła płakać.
- Chodź. – szepnął jej do ucha.
- Nnnie nnie rozzumiesz… - szlochała.
Zaraz potem Mary przytulona na do Louisa szła chwiejnie korytarzem prowadzącym do Pokoju Wspólnego. Nie płakała. Louis był mistrzem w wykorzystywaniu swojego daru. Claire i Paul szeptali o czymś za ich plecami ale Mary nawet ich nie słuchała.
Z otępienia ocknęła się dopiero przy portrecie Grubej Damy.
//Za długo kazałam na siebie czekać =P//
__________________
GUNS N' ROSES
Ostatnio edytowane przez Lady Mary Jane : 11-11-2008 o 14:59.
|
|
|
11-11-2008, 12:59
|
#478
|
|
Administrator
Zarejestrowany: Mar 2008
Lokalizacja: Marvel Universe
Posty: 1,811
|
Ej, i bez jaj, nie piszcie nam czegoś w stylu: "Jak chcesz, to możesz napisać posta o tym jak ginę". I co jeszcze? O.o Sami tu wleźliście, to i sami się pozabijajcie.
__________________
- Look at us. I'm frozen and you're dead. And I love you.
- It's a problem.
- Do you remember what you told me once? That every passing minute is a another chance to turn it all around.
- I'll find you again.
- I'll see you in another life... when we are both cats.
|
|
|
11-16-2008, 14:31
|
#479
|
|
Moderator
Zarejestrowany: Mar 2008
Posty: 1,687
|
//Wy mnie wszyscy zaczynacie wk*rwiać. Ja napisałam, bo Wam się oczywiście nie chce =.=//
- Mary… Ciii.. – zamruczał do ucha Jane Louis. – Jutro znowu się spotkamy… - zaczął, lecz Mary skrzywiła się niemiłosiernie. Nadal pamiętała groźbę zawartą w myślach Alexandra. Wojna powróci… Te słowa brzmiały w jej głowie niczym dzwon. Louis zareagował na jej minę gwałtownie.
- Nie chcesz? – zapytał ostrym głosem cofając swoją chłodną dłoń z jej policzka.
- Ależ.. Oczywiście, że chcę… - zaczęła Jane. Zaraz jednak umilkła. W jej głowie panował ogromny chaos. Po chwili dołączyli do nich Paul i Claire. Louis tylko podszedł do Mary i ujął w swoje blade, twarde ręce twarz dziewczyny:
- Przyrzeknij, że od dzisiaj, kiedy powiem, że masz sobie iść, to pójdziesz.
Mary zamrugała szybko. Westchnęła cicho i powiedziała:
- Obiecuję.
Twarz Louisa się rozjaśniła. Po chwile jego i Paula nie było.
- Chodź, Mary… Musimy się wyspać. Nie pamiętam kiedy spałam. – Claire ziewnęła.
- Ach. – mruknęła Mary patrząc za rozmazanymi cieniami, które zniknęły jej przed chwilą za zakrętem korytarza. Dziewczęta po cichu weszły do Pokoju Wspólnego, uprzednio podając hasło niezadowolonej z przebudzenia Grubej Damie.
- Nareszcie u siebie. – mruknęła na wejściu Claire. Jej fioletowe włosy lśniły w blasku kominka tworząc bardzo interesujący efekt. Zaraz potem rozeszły się do dormitoriów. Mary powoli wchodząc po schodach czuła się coraz bardziej senna. Nadal było jej gorąco, chociaż ostatnimi czasu zdążyła się przyzwyczaić i o tym zapomnieć. Choćby na chwilę. Co prawda niektórzy uczniowie dziwili się widząc ją w bluzkach na krótki rękaw w październikowe wieczory.
Kiedy tak szła i rozmyślała, w dormitorium numer trzy dosłyszała, słuchem, który niesamowicie jej się wyostrzył, strzępki rozmowy zapoznawczej. Uhm. Ktoś nowy? – przemknęło jej przez głowę. Przyspieszyła kroku i nacisnęła klamkę.
Wchodząc stanęła w progu opierając się o framugę. Do jej głowy trafiało niesamowite uczucie, że w pomieszczeniu jest ktoś znajomy. Na łóżku siedziała długowłosa, szczupła dziewczyna i rozmawiała z Carmen.
- Ach tak… to miło. – kontynuowała rozmowę. Mary odchrząknęła, a dziewczyna się odwróciła. Miała niebieskie oczy a jej szczupłą twarz rozjaśniał piękny uśmiech.
- Och, jesteś Mary, prawda? – zaczęła dziewczyna.
- Tak. – odparła Mary unosząc jedną brew w geście zaciekawienia. – Skąd wiesz? – spytała, choć dobrze wiedziała, że usłyszy „Od Carmen”.
- Alexander mi o Tobie wspominał.
Mary uśmiech zszedł z twarzy. Jak to Alexander.
- Jak to Alexander? – przełożyła myśli na słowa.
- Och, jestem jego kuzynką. Nie wiedziałaś? Tą z pierwszej linii. – odparła dziewczyna nadal z tym samym uśmiechem na twarzy.
- Wybacz, nie interesuję się jego drzewem genealogicznym. Jestem jego bardzo daleką rodziną. Bardzo daleką. – podkreśliła Mary z irytacją. Czy Alex zawsze musi wpieprzać się w jej życie? Nie może dać sobie spokoju? Podsyła jakichś pieprzonych szpiegów…
- Nie jestem szpiegiem, przyjechałam się tu uczyć. – powiedziała dziewczyna, której twarz zmieniła się na nieprzeniknioną.
- Skąd wiedziałaś… - powiedziała Mary, która niczego już nie rozumiała.
- Nie wiem o czym myślisz, domyśliłam się tylko, że w ten sposób o mnie myślisz.
Mary tylko pokiwała głową i mruknęła:
- Tak poza tym, to jak masz na imię?
- Jean Cullen. – powiedziała dziewczyna.
- Ach tak… Już rozpoznaję. Coś tam wspominał. – powiedziała Jane, której wszystko zaczynało układać się w jedną całość.
// I tak oto wprowadziłam Vemy. Tylko trochę krótko, bo ja nie mam zamiaru pisać tylko po to, żeby podtrzymywac gryff przy życiu. //
__________________
GUNS N' ROSES
Ostatnio edytowane przez Lady Mary Jane : 11-16-2008 o 16:37.
|
|
|
11-16-2008, 18:11
|
#480
|
|
Świr wymagający opieki
Zarejestrowany: May 2008
Lokalizacja: Za górami, za lasami...
Posty: 435
|
// piszę. Trochę słabo mi to idzie,ale to początek. Muszę się wbić w rytm Gryffu xD//
Nastała cisza. Do piątki weszła Claire. Z początku nie widziała Jean i szła śpiewając jakąś piosenkę w stylu disco-polo. Gdy zauważyła nową lokatorkę trochę się speszyła i popatrzyła pytająco.
- Jean. Jean Cullen. - powiedziała Jean patrząc na Fioletową.
- będzie z nami mieszkać - dodała Carmen.
- ahaa... jestem Claire. - Claire nie wiedziała co to za dziewczyna, ale o nic nie pytała. Dowie się tego od Mary lub Cam. Popatrzyła na pozostałe dziewczyny, ale niczego się nie dowiedziała z wyrazu ich twarzy. Claire westchnęła i siadła obok Em, zrzucając jej nogi z łóżka.
Po chwili Jean mruknęła:
- taaak... - i popatrzyła do góry.
- opowiesz nam coś o sobie? - spytała Mary, rozkładając się wygodnie na łóżku, choć już z nogami na ziemi.
Jean spojrzała się na nią zakłopotana.
- właściwie... to nie mam nic ciekawego do powiedzenia - mruknęła niepewnie.
Mary spojrzała na nią niedowierzająco podnosząc brew.
- nie?
Jean rzuciła Emdżej spojrzenie pod tytułem 'nie teraz'. Jean chciała porozmawiać z Em, ale nie przy pozostałych Gryfonkach. Czuła się niepewnie, nie znała ich. W prawdzie wydawały się w porządku, ale... mimo wszystko nie znała ich. Mary zrozumiała i zapytała:
- gdzie się uczyłaś wcześniej?
- w Beauxbatons. - powiedziała już pewnie Jean. Tu nie miała nic do ukrycia.
- pewnie trudno Ci się przyzwyczaić... - powiedziała Cam, podobnie jak Mary leżąc wygodnie na łóżku.
- taak... tu jest ... inaczej.
- ale nie gorzej? - spytała Fioletowa marszcząc brwi.
- Nie. - powiedziała Jean z z rezygnacją. Claire popatrzyła na nią.
- po prostu trudno się przyzwyczaić - rzekła Jean, czując potrzebę usprawiedliwienia.
Znowu nastała cisza. Aż w końcu Mary posłała Fioletowej i Cam porozumiewawcze spojrzenie. Po chwili Carmen powiedziała:
- to my idziemy do wspólnego.
A Jean i Mary zostały same.
// przepraszam, że tak CHOLERNIE krótko i niemrawo, ale muszę się wkręcić. Obiecuję, ze później będzie lepiej. Uff.//
Ostatnio edytowane przez Vemyana : 11-16-2008 o 18:36.
|
|
|
Zasady postowania
|
You may not post new threads
You may not post replies
You may not post attachments
You may not edit your posts
kod HTML jest Wył.
|
|
|
Podobne wątki
|
| Wątek |
Autor wątku |
Forum |
Odpowiedzi |
Ostatni post / autor |
|
Gryffindor
|
KaMcIa |
Kosz |
979 |
11-05-2008 16:38 |
|
Gryffindor
|
CZARNY999 |
Kosz |
4 |
03-11-2008 20:46 |
|
Gryffindor
|
Moony Alex |
Kosz |
2014 |
11-02-2007 12:11 |
|
GRYFFINDOR
|
Moony Alex |
Kosz |
1989 |
07-01-2007 15:47 |
|
GRYFFINDOR
|
Limonka |
Kosz |
133 |
03-27-2007 17:41 |
Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 09:57.
|
|