Rozdział VII
Ta noc upłynęła bardzo niespokojnie. Albus długo leżał w swoim łóżku z otwartymi oczami wsłuchując się w spokojne oddechy kolegów. Rozmyślał o tym, co teraz może robić jego ojciec. Czy im się udało i wyjdzie z tego cało? W końcu, po kilkugodzinnym czuwaniu, zapadł w sen.
Obudził się jeszcze przed świtem. Zmartwienie, zmęczenie i niepokój znów wróciły by nim szargać.
Nie mogąc dłużej tego wytrzymać założył okulary, ubrał się i zszedł do Pokoju Wspólnego, uważający, by nikomu nie przeszkodzić. Harry przez sen wierzgał mocno nogami. Al uśmiechnął się pod nosem.
Siedząc przy kominku mimowolnie zaczął drzemać. Koło niego usiadła Rose i mówiła: "Nie dadzą sobie rady. Musisz iść i im pomóc bez różdżki!". Po chwili zamieniła się w McGonagall, która odczytywała mu z księgi jakieś przysłowia. Albus nie wiedział, o co im chodzi i komu ma pomóc. Nagle znalazł się na pustyni, a na jego plecach siedział jego przyjaciel, Harry, który do niego wołał: "Widzisz?! Teraz ja jestem panem, a ty już nie będziesz sławny!".
Obudził się. Wciąż siedział w zapadniętym fotelu przed kominkiem. Tyle, że teraz stał obok niego jego ojciec z zabandarzowaną głową.
- Tato! Już po wszystkim?
- A czego się spodziewałeś? Mam dobre nowiny- powiedział wesoło.- Wołaj mi tu zaraz Jamesa!
Al zerwał się z miejsca i jak na skrzydłach poleciał do dormitorium brata.
Już po chwili schodził z nim po schodach, a za nimi kilkoro drugoroczniaków, którzy wybierali się na śniadanie.
- To co, może znajdziemy sobie jakieś bardziej ustronne miejsce?- zapytał Harry widząc, jak uczniowie pokazują go sobie palcami i coś szepczą do ucha.
- Jasne.
We trójkę przeleźli przez dziurę w ścianie i ruszyli pustymi korytarzami. Wyszli na pokryte grudniowym śniegiem błonia i stanęli przy schodach, gdzie Harry- wciąż szeroko uśmiechnięty- zaczął swoją opowieść.
- A więc dzięki waszemu koledze udało się mi, i może nawet wam, przeżyć. Musimy mu jakoś podziękować. Ale tym zajmiemy się później.
- Mów lepiej, co ci się stało w głowę?- zapytał niecierpliwie James.
- Już dobrze, dobrze- zaśmiał się ojciec.- Razem z Kingsley'em opracowaliśmy plan. Zwerbowaliśmy kilku aurorów do pomocy i dostaliśmy się na Pokątną trochę wcześniej, niż byłem umówiony z informatorem. Czekałem koło Gringotta w ustalonym miejscu, a z tuzin aurorów stał nieopodal rzucając na siebie silne zaklęcia zwodzące. Była czarna noc, więc praktycznie nic nie było widać. Po chwili czekania pojawił się ten szpieg.
- I co ci powiedział?- przerwał mu Al.
- Tajne informacje dla Ministerstwa. Ściśle tajne- jego synowi spełzła z twarzy dociekliwość.- W każdym razie, gdy już poszedł, a ja zostałem 'sam', nagle zaportowało się mnóstwo zakapturzonych postaci. Jedna z nich zdąrzyła rąbnąć mnie jakimś zaklęciem, tak, że odrzuciło mnie do tyłu i uderzyłem głową w mur. Stąd ten bandarz- dodał wskazując palcem na swoją głowę.- Już mieli mnie związać, kiedy aurorzy zdjęli z siebie zaklęcia zwodzące i zaczęli strzelać w nich oszałamiaczami. Wyobraźcie sobie, jak byli tym zdziwieni- Harry uśmiechnął się jeszcze szerzej, jakby pamięć o tym była bardzo przyjemna.
- I pokonaliście ich tak?- znów zapytał Albus. Jego zaciekawienie sięgnęło już granic, co można było poznać po łaknących informacji oczach i trudnością z ustaniem w jednym miejscu.
- No wiesz, nas było dużo więcej, więc załatwiliśmy ich niemal z łatwością. Tylko jedna z tych czarnych postaci walczyła bardzo długo i zaciekle, jednak musiała się w końcu poddać. Skończyło się to nieszczęśliwie jedynie dla Charlesa Thompsona, którego tak ugodził jakimś silnym czarem, że wylądował w Świętym Mungu... Ale to nie koniec. Jak już przybyliśmy z naszymi jeńcami do Ministerstwa Magii i ściągnęliśmy im kaptury, to okazało się, że jednym z nich jest sam O'Brien! To on tak urządził Thompsona.
James wydał z siebie okrzyk radości, a Al nie dbając o to, że brat będzie później z niego szydził, rzucił się na ojca z szerokim uśmiechem. Harry objął synów.
- Już nie będziemy musieli się ukrywać! Właśnie teraz, rano, aurorzy dotarli do kryjówki O'Briena i wyłapali wszystkich jego zwolenników. Teraz czekają na sprawę sądową.
Ledwie Potter skończył to mówić, jak przez dębowe drzwi wysypało się z tuzin uczniów, którzy już zjedli śniadanie i wyszli bawić się w śniegu. Razem z nimi wyszła Ros ze zmarszczonym czołem i Hugo, którzy podbiegli do nich z pytającym wyrazem twarzy.
- Wszędzie was szukamy! I co, udało się?
Więc Harry w skrócie przedstawił im całe wydarzenie. Rose wyglądała, jakby zdjęła brzydką maskę, a pod nią ukazała się śliczna, zarumieniona i radosna twarzyczka. Zarzuciła wujkowi ręce na szyję i mruczała coś, co brzmiało jak: "Wiedziałam, że się uda!".
- To może pójdziemy do profesor McGonagall? I wymyślimy jakiś sposób, żeby podziękować temu młodemu Harry'emu?- zaproponował Potter. Wszyscy zgodzili się i zaczęli wspinać po schodach prowadzących do zamku.
- Tato, bo Harry ma siostrę bliźniaczkę, a oboje nie mają rodziców, więc może byśmy zaprosili ich na Święta?
- Dobry pomysł, Al. Zapytamy się mamy.- skwitował krótko.
- A wiesz, że oboje mieszkają koło nas, w Dolinie Godrika?- mówił wciąż rozentuzjowany Albus.
- Koło nas, mówisz?- powiedział Harry z tajemniczym uśmiechem- Chyba już niedługo.
Więcej tego tematu nie poruszał, ale wciąż miał tajemniczy wyraz twarzy.
*************************************************
Ginny zgodziła się na goszczenie Harry'ego i Marry u siebie w domu podczas ferii.
Bliźniętom usłyszawszym tę dobrą nowinę usta rozciągnęły się w identycznym, szerokim uśmiechu. Dzieci ponownie wiodły spokojne i ciche życie przygotowując się do wyjazdu. Zarezerwowali sobie miejsca w Expresie Hogwart-Londyn.
Gdy nadszedł ten dzień, rodzeństwo Potter'ów, Weasley'ów i Porterów żegnali się z Katie, która zostawała w zamku i z resztą. Wsiadając do wozów, które ciągnęły niewidzialne testrale, wszyscy byli rozradowani. Wszyscy, prócz Huga. Wiedział, że wróci tu dopiero za pół roku, gdy sam pójdzie do pierwszej klasy.
Albusowi zaś drgnęło lekko serce, gdy zobaczył Katie stojącą samotnie na szczycie schodów i machającą ręką do przyjaciół. Była jeszcze ładniejsza niż zwykle, gdy wiatr rozwiewał jej długie, czarne włosy, a oczy błyszczały.
Gdy znaleźli się w pociągu, zaczęli szukać przedziału dla siebie. Nareszcie udało się znaleźć jakiś pusty, do którego zaraz weszli taszcząc swoje kufry. Było im trochę ciasno w szóstkę, ale James zaraz wyleciał na korytarz mówiąc coś, że nie chce im przeszkadzać. Jego brat oczywiście wiedział, gdzie naprawdę gna James- do swojej Sally. Podrywacz.