To ja może podsumuję rok 2011 i moje dwie ulubione płyty, które ukazały się właśnie w tym roku.
Coldplay - Mylo Xyloto
Jestem zagorzałą fanką tego zespołu już od dawien dawna. Odkąd byłam na ich koncercie mój fioł na punkcie "tych czterech kolorowych panów" sięgnął chyba zenitu. Nie zmienia to jednak faktu, że Coldplay się zmienia. I to bardzo bym powiedziała. To nie jest już klimat znany nam z "Parachutes" czy "A Rush Of Blood To The Head". Osobiście cieszę się z tego powodu. Nie chciałabym słuchać przetworzonych wersji Yellow czy In my place tylko dlatego, że tak jest łatwiej, wygodniej. Coldplay szuka nowej ścieżki i tak jest ciekawiej. Paradise czy Every teardrop is a waterfall to kawałki bezwzględnie pierwszorzędne. Bardzo lubię także Up to flames. Muszę nawet przyznać, że całkiem często wracam do kawałka Princess China z udziałem Rihanny. Nie uznacza to jadnak, że wolałabym aby ona raczej nie zbliżała się do Coldplay'a. Ogólnie gorąco polecam.
Adele - 21
Tej kobiety chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Wszystkie listy przebojów tego roku należały do niej. Ostatnio nawet widziałam w telewizji jej koncert z Royal Albert Hall. I tym mnie przekonała. Mówiła prawdziwie. Mówiła z serca. O płycie. O życiu. I tak naprawdę udowodniła, że talent w dzisiejszych czasach wystarczy by wejść na szczyt i wcale nie trzeba przy tym zakładać na siebie mięsa. Bez obrazy. Tak naprawdę każda piosenka z tej płyty zasługuje na uwagę. Każda ma coś w sobie i nie ma tu zapychaczy. Najbardziej przypadł mi chyba do gustu kawałek "Don't you remember".
__________________
|