|
04-22-2009, 20:04
|
#1
|
|
Niepoprawny marzyciel
Zarejestrowany: Apr 2009
Posty: 32
|
Tajemnica za tajemnicą 4/4
Tekst pojawił się już na stronie i jest podzielony na cztery częśći. Niektóre błędy (głównie interpunkcyjne, ortograficzne i logiczne) zostały poprawione, zgodnie z zaleceniami userów. Mimo to fabuła nie uległa zmianie. Życzę miłego czytania!
ArianaDumbledore
Część 1
Na hamaku, w cieniu drzew, leżała jedenastoletnia dziewczyna. Wokół niej rozciągały się długie rabaty, z których przyjaźnie wyglądały słoneczniki i dzikie róże. Zielony, równo przystrzyżony trawnik sprawiał, że cały ogród wydawał się być uporządkowany i przyjazny. Czas płynął leniwie pozwalając cieszyć się każdą chwilą jednego z ostatnich ciepłych dni tego roku. Z okolicy dał się słyszeć śpiew ptaków i radosne odgłosy bawiących się dzieci.
Jednak dziewczynka pozostawała skupiona. Miała długie, kruczoczarne włosy, które zawiewał jej na twarz wiatr. Wodziła równie czarnymi oczyma po literach książki,
w której zaczytała się w najlepsze. Ara kochała opowiadania fantasy. W szkole, tuż przed zakończeniem roku szkolnego omawiali pierwszą część sagi o Harrym Potterze. Zafascynował ją świat opisany przez panią Rowling, dlatego postanowiła, iż w wakacje przeczyta pozostałe książki o młodym czarodzieju.
Właśnie czytała bardzo zabawną scenę, gdy usłyszała wołanie gosposi:
- Ariano jakiś dziwny mężczyzna przyszedł i chce porozmawiać z tobą i twoimi rodzicami.
- O kurczę! Już idę.
- Spsociłaś coś?- zapytała ze śmiechem pani Ada - Nie martw się. Będzie dobrze - dodała, gdy zobaczyła zdziwioną i zaniepokojoną minę dziewczyny.
Jednak przyjazne paplanie Ady (tak je zawsze nazywała) wcale nie pomogło. Nadal miała przed oczyma wydarzenia sprzed kilku tygodni.
Był spokojny, ciepły wieczór. Powoli zapadał zmierzch, lecz ostatnie promyki słonica i delikatne, ciepłe powiewy wiatru zachęcały do pozostania na dworze. Ara pomyślała, że fajnie by było przejść się na spacer po okolicy. Miała zamiar wybrać się na swój ulubiony plac zabaw, którego nie odwiedzała od wieków.
- Idę się przejść- krzyknęła zakładając sandały.
- Dobrze tylko wróć o 21. Na kolacji będą państwo Skeczowie. Chcielibyśmy z ojcem, abyś poznała ich córkę, Vanesę.
- Wporzo- powiedziała.
Wiedziała, że matka bardzo nie lubi, kiedy się przy niej używa takiego słownictwa. Uważała je za nieprzyzwoite, ale dziewczyna lubiła czasami ją podenerwować. Ot tak, dla zwykłej draki.
Cudownie było spacerować ulicą, wśród wielkich rozłożystych dębów, tworzących o tej porze roku baldachim liści nad głową. Szła sprężystym krokiem, wesoła i przyjaźnie nastawiona do świata. Nagle drogę przestąpiły jej dwie najbardziej znienawidzone dziewczyny, jakie kiedykolwiek znała. Tasha i Amy. Jak ona ich nie cierpiała! Przez cały rok szkolny dokuczały jej i naigrywały się z jej grzecznego zachowania i kujoństwa.
Toteż jej nastrój zmienił się diametralnie, a gdy stwierdziła, że są pod wpływem alkoholu, przeraziła się nie na żarty.
Nigdy się ich nie bała dopóki przebywała w towarzystwie innych osób. Tym razem jednak była zupełnie sama. Jej strach się spotęgował, gdy przypomniała sobie słowa znajomych: "Słyszałaś, że te dwie z szóstej to ćpunki i ostatnio pobiły Natashę za to, że nie powiedziała im cześć?"
- Cześć dziewczyny! - powitała dziewczęta przyjaźnie i przyspieszyła kroku, aby je jak najszybciej minąć.
- Zaraz, zaraz... Dokąd się tak spieszy nasza miss doskonałości? - zapytała z drwiącym uśmiechem Tasha.
W tej chwili druga brutalnie złapała ją za włosy i powaliła na ziemię.
Co robić? Co robić?! - myślała gorączkowo Ara - Nie mam jak im zwiać. Wołać pomocy? Nie, to chyba by je tylko bardziej zdenerwowało.
- Dziewczyny, po co te nerwy? Ja tylko szłam do Anity po kasę.
- Ach tak? To masz słabiutką pamięć kochanie, bo do niej idzie się w przeciwną stronę.
- Och...
Nie zdołała powiedzieć nic więcej, bo ku jej uldze i zaskoczeniu coś nagle odrzuciło napastniczki. A jednej z nich zaczęły płonąć włosy.
- Zobaczysz zapłacisz mi za to!- wrzasnęła Tasha i zaczęła posypywać głowę Amy piaskiem. Miała pewnie nadzieję, że w ten sposób ugasi pożar na głowie towarzyszki.
Jednak Ara nie czekała na ciąg dalszy. Wykorzystując chwilę nieuwagi dziewczyn pobiegła ile sił w nogach w stronę domu.
Gdy wróciła powiedziała mamie, że się przewróciła. Uciekła do swojego pokoju.
Od tamtego feralnego wieczoru jeszcze ani razu nie opuściła domu.
- Ara! Córeczko! Co ci jest?! - wrzeszczał tata z przerażeniem w głosie i potrząsał nią gwałtownie.
- Tata... - wymamrotała nie wiedząc, co się dzieje. - Nie, nic mi nie jest. Wszystko w porządku. Jak ja się tu znalazłam? - Nie wiedziała jak trafiła do salonu.
Otrzeźwiło ją, kiedy rozejrzała się po pokoju i jej oczom ukazał się mężczyzna w średnim wieku. Wyglądał dość normalnie, jeśli chodzi o cechy o włosy czy twarzy, ale jego ubranie pozostawiało już wiele do życzenia. Miał na sobie dziwny malinowy garnitur, niebieską koszulę i zielony surdut, wyglądający jak peleryna.
- Kim pan jest? - zadała pierwsze pytanie, jakie przyszło jej do głowy.
- Nazywam się Remus Lupin i przyszedłem ci oznajmić, że zostałaś przyjęta do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart.
- Pan żartuje? Przecież to tylko książka, ta o Potterze! Nie ma takiej szkoły!
- Na pewno?- zagadnął z uśmiechem dziwak. - A skąd ta pewność? Pomyśl, nigdy się nic nie działo jak się czegoś bałaś czy złościłaś?
- No... chyba nie.... może raz czy dwa, ale to pewnie przypadek - dodała szybko, choć w głębi duszy chciała usłyszeć, że naprawdę taka szkoła istnieje i że została do niej przyjęta, ale to pewnie jakiś dowcip.
A może to tylko sen, z którego zaraz się obudzę i stwierdzę, że nadal leżę na hamaku? - pomyślała.
Ostatnio edytowane przez ArianaDumbledore : 04-22-2009 o 20:21.
|
|
|
04-22-2009, 20:05
|
#2
|
|
Niepoprawny marzyciel
Zarejestrowany: Apr 2009
Posty: 32
|
Jednak to nie był sen. Pan Lupin (okazało się, że podobnie jak ona posiada nadprzyrodzone zdolności) miał przy sobie list z owej placówki, zaadresowany właśnie do niej.
Wtedy wiele rzeczy wydarzyło się jednocześnie. Ojciec wybuchł niepohamowanym śmiechem. Matka jednak zachowywała się dość dziwnie. Niby poszła w ślady ojca, ale w jej oczach czaiła się mieszanina uczuć. Strach przeplatał się z radością i na odwrót.
- To, co może od razu wybierzemy się na zakupy? Żebyś już potem nie miała problemów. No wiesz w końcu za tydzień rozpoczynasz edukację.
- Tak bardzo chętnie - powiedziała, ale tym samym zerknęła na rodziców.
- Niech idzie.
Matka nie zgłaszała żadnego sprzeciwu. Może ojciec nie był zachwycony wyprawą córki z obcą osobą, ale jak zwykle nie śmiał sprzeciwić się pani McKevin.
Dziewczyna szybko pobiegła do swojego pokoju i przebrała się. Nie widziała sensu dłużej czekać, a może w głębi duszy bała się, że jeśli szybko nie opuści domu to rodzice zmienią zdanie.
- Jestem gotowa, możemy już iść - zagadnęła przyjaźnie, ponownie wchodząc do salonu.
- Dobrze, już sobie idźcie. A właśnie, kochanie, przepraszam, że nie możemy ci z mamą towarzyszyć, ale rozumiesz, praca.
No tak, zawsze ta praca i praca. Ale cóż, przez tyle lat można się przyzwyczaić.
Był już prawie wieczór, kiedy kończyli robić zakupy.
Ostatnim przystankiem był sklep z różdżkami nieśmiertelnego Ollivandera. Ariana spodziewała się zobaczyć mizerny budyneczek znając opis sklepu z książki. Dlatego też wydała z siebie zduszony okrzyk widząc, że został odmalowany na biało i odnowiony. Złote litery na szyldzie nie były już wyblakłe, lecz przykuwały uwagę swym połyskiem. Mimo to sklep nadal miał w sobie wiele tajemniczości, a wnętrze pozostawało zakurzone i ponure, tak jak sam sprzedawca. Ollivander był zgarbionym starcem z twarzą pooraną głębokimi zmarszczkami. Wydawało się, że z trudem utrzymuje się na nogach, lecz w jego srebrnych oczach było coś niezłomnego i nieco strasznego zarazem.
- Dzień dobry, przyszliśmy dobrać różdżkę dla tej młodej damy - powiedział z nieodłącznym uśmiechem pomocnik Ariany.
- Ach tak oczywiście... oczywiście - zaskrzeczał starzec i zaczął krążyć po sklepie - Myślę, że ta będzie odpowiednia - podał jej jakiś długi, dziwnie wykończony patyk.
Kiedy Ara czytała HP nieco inaczej wyobrażała sobie podstawowe narzędzie czarodzieja, ale wiedziała, co ma robić? Wzięła przedmiot do ręki i machnęła. Nic się nie stało...
Co jest grane? - pytała się w myślach, a jej przerażenie rosło coraz bardziej, gdy sprawdzała kolejne różdżki. - Niech ten facet mi się tak nie przygląda.
Była już bliska płaczu, gdy wzięła do ręki dość długą ciemną "pałeczkę", jak nazwała ją w myślach.
Wtem poczuła się cudownie. Miała wrażenie jakby wiatr rozwiewał jej włosy, a ciało przeszywało przyjemne ciepło.
- No i znaleźliśmy!- zawołał uradowany sprzedawca. - Widać rodzinne predyspozycje. 12 cali dąb i włos z ogona jednorożca, dość giętka...
- Przepraszam? - przerwała mu nagle - Co pan ma na myśli? Myślałam, że jestem pierwszą czarownicą w rodzinie! Sklepikarz nieco się zmieszał.
- Och... musiałem panią z kimś bezpodstawnie skojarzyć.
- Ile płacimy, panie Ollivander? - odezwał się Lupin.
Ku wielkiemu zaskoczeniu Ariany na jego twarzy nie było nawet cienia dawnego uśmiechu. Miał zmrużone oczy i najwidoczniej był spięty.
- 20 galeonów - mruknął cicho różdżkarz, bo i jego uwadze nie umknęła nagła zmiana nastroju pomocnika małej czarownicy.
- Dziękujemy - Ara podała Ollivanderowi odpowiednie monety i już miała wyjść, kiedy usłyszała za sobą szept.
- Ona tego się nie dowie, rozumie pan?- mówił zirytowanym głosem Remus.
- Tak, tak oczywiście, przepraszam- odparł sklepikarz.
Opuścili sklep, a siwowłosy czarodziej z ulgą stwierdził, że mała musiała nic nie słyszeć i ponownie się rozpromienił.
- Mam syna w twoim wieku - zagadnął - O proszę! Właśnie zmierza w naszą stronę - pomachał jakiejś kobiecie, która szła z całkiem miło wyglądającym chłopakiem, niezwykle zresztą do niej podobnym. Był dość wysoki i (zdaniem Ariany) miał czarujący uśmiech zdobiący jego bladą twarz. Lecz tym, co najbardziej przyciągało uwagę, były jaskrawozielone włosy i takie same oczy, które zmieniły się na czarne, gdy zbliżył się do niej.
- Cześć, jestem Teddy - przywitał się nie czekając aż ojciec dokona prezentacji.
- Tak właśnie, to mój syn Teddy, a to moja żona Nimfadora. To jest Ariana McKevin - zwrócił się do czarownicy o malinowych włosach, zupełnie niepodobnej do innych matek.
- Ach... Tak, więc to ona - odrzekła kobieta przyglądając się badawczo dziewczynie swymi ciemnymi oczyma.
- Tato? Może wybierzemy się wszyscy razem na lody?- zawołał młody Lupin i ponownie nie czekając na odpowiedź ojca chwycił Arę za rękę i pociągnął w kierunku lodziarni.
Po tym długim dniu pełnym wrażeń tylko po krótce opowiedziała rodzicom jak było na zakupach i udała się spać bez kolacji. Była bardzo zmęczona, ale i szczęśliwa.
- Chyba polubię tego Teddy'ego. Jest taki zabawny - z tymi wesołymi myślami ani się nie obejrzała, a przyszedł błogi sen.
|
|
|
04-22-2009, 20:09
|
#3
|
|
Niepoprawny marzyciel
Zarejestrowany: Apr 2009
Posty: 32
|
Część 2
Pierwszy września tego roku był wyjątkowo paskudnym dniem.
Niebo było zasnute ciemnymi chmurami, z których płynęły strumienie zimnego deszczu. Świat sprawiał wrażenie ponurego i szarego miejsca, nie do końca odzwierciedlając nastroje młodych czarodziejów.
W małej willi na obrzeżach Londynu panował spory rozgardiasz.
Po domu krzątały się w pośpiechu trzy osoby.
Wysoki, ciemnowłosy mężczyzna kompletował dokumenty, a smukła blondynka nakrywała do stołu. Po kuchni szybkim krokiem krzątała się gospodyni. Pani Ada chciała, aby tego dnia śniadanie było wyjątkowo smaczne.
Jedynie na poddaszu panowała inna atmosfera. Po nienaturalnie opustoszałym pokoiku krążyła jedenastolatka, po raz ostatni sprawdzając zawartość kufra.
Ariana bardzo chciała znaleźć się wreszcie w Hogwarcie, ale to wcale nie ułatwiało jej opuszczenia miejsca, które tak bardzo kochała. I to na tak długo.
Ostatni tydzień pobytu w domu spędziła na długich rozmowach i zwierzeniach. Jak nie z wiecznie zapracowanym ojcem to z matką, która od momentu pojawienia się Lupina była nieco zmieniona. Już nie przypominała tej energicznej, zawsze wesołej kobiety, która na wszystko miała odpowiedź. Stała się prawdziwą arystokratką. Zamyśloną i poważną panią domu.
- Ara, śniadanie na stole! Przyjdź i je zjedz zanim ono dorwie ciebie!
- Tato nie krzycz tak, bo sąsiedzi nas słyszą! - odkrzyknęła córka i zaniosła się śmiechem. Niczego nie będzie jej tak brakowało, jak niegroźnych wrzasków ojca i jego wyjątkowego poczucia humoru.
Po pospiesznie zjedzonym posiłku, trzyosobowa rodzina wsiadła do samochodu i udała się w kierunku dworca King Cross.
Na miejscu byli zaledwie kilka minut przed odjazdem Hogwart's-Express.
Szybko przeszli przez barierkę między peronami 9 i 10, wkraczając do świata czarodziejów.
Ojciec sprawiał wrażenie zafascynowanego widokiem czerwonej lokomotywy, z której wydobywały się kłęby białej pary. Rozglądał się wokół zaciekawiony, zatrzymując wzrok na czarodziejskich rodzinach ubranych w kompletnie niedopasowane mugolskie stroje. Był nieco rozbawiony, lecz dziewczynka widziała w jego oczach dumę. Na matce wcale nie robiło to większego wrażenia. Wydawało się, że pragnie jak najszybciej opuścić to miejsce.
Ariana po raz ostatni uściskała rodziców, gdy rozległ się gwizdek sygnalizujący, że pociąg zaraz ruszy. Miała nadzieję, że rodzice uznają jej mokre policzki za efekt ulewnego deszczu, choć w rzeczywistości było to spowodowane obfitością łez, które zdążyły pojawić się na jej twarzy od momentu wyjścia z domu. Weszła do pociągu i udała się do przedziału, który wybrali z ojcem. Marzyła o tym, aby jak najszybciej pozbyć się kolorowej sukienki i różowego sweterka, które miała na sobie. Nie znosiła takich kolorów, ale chciała sprawić przyjemność mamie, dlatego ubrała się jak słodziutka, grzeczniutka dziewczynka.
W przedziale ujrzała jedną osobę. Był to ciemnowłosy chłopak, sprawiający wrażenie nieobecnego duchem.
Poznała go bez problemu.
- Cześć, Teddy!
Wyrwany z rozmyślań jedenastolatek aż się wzdrygnął.
- Och... Ariana! Jak miło cię widzieć. Gdzie masz swój kufer?
- Stoi tam, na półce. - Wskazała miejsce nad jego głową i po raz drugi tego dnia wybuchła głośnym śmiechem. Nie mogła się pohamować, kiedy zauważyła jego zaskoczoną minę. On też się roześmiał, ale było w tym coś sztucznego, udawanego. W jego oczach widać było zmęczenie, a może nawet strach.
Już ubrani w szaty uczniowskie i obładowani słodyczami z wózka, zaczęli rozmawiać.
- Jak myślisz, do jakiego domu trafimy? - zapytała dziewczyna z uśmiechem.
- Mam nadzieję, że będę w Gryffindorze, jak rodzice, choć nie mam nic przeciwko byciu Ślizgonem, a ty? - Teddy spojrzał na nią wyczekująco.
- Ja bym chciała zamieszkać w domu lwa.
Reszta podróży minęła im na rozmowach na temat Hogwartu i domów i nawet nie zauważyli, że słońce już zaszło,a znieciepliwieni uczniowie wyglądają przez okna.
- Ted, już wiem, że świat opisany przez Rowling istnieje, ale powiedz mi jak to możliwe? Jak to się stało, że my, mugolaki możemy o nim czytać? Co na to Ministerstwo Magii? - zagadnęła z zaciekawieniem Ara w pewnym momencie.
- Wiedziałem, że w końcu o to zapytasz - uśmiechnął się zagadkowo. - Chodzi o to, że książki o Harrym Potterze zostały wydane dla mugoli w celu ułatwienia startu w naszym świecie osobom takim, jak ty. No wiesz, pochodzącym z niemagicznych rodzin. Oczywiście, jak już zauważyłaś, niektóre fakty zostały zmienione.
- Tak... Mają rację, to bardzo pomaga - stwierdziła dziewczyna po namyśle.
Dalszą konwersację przerwał im gwizd, z jakim pociąg zatrzymywał się na stacji w Hogsmeade.
Gdy tylko wyszli na zewnątrz usłyszeli charakterystyczne nawoływanie:
- Pirszoroczni do mnie. Pirszoroczni, czy pirszoroczni mnie słyszą? Proszę tutaj!
Zwrócili głowę w kierunku krzyków i zobaczyli wielkiego, włochatego mężczyznę.
- Tak, to jest Hagrid - powiedział młody czarodziej widząc pytające spojrzenie towarzyszki.
Wsiedli do łódek, które przetransportowały uczniów do podziemnej przystani. Następnie olbrzym poprowadził ich po dużych, kamiennych stopniach. U szczytu schodów uderzył kilkakrotnie swoją ogromną pięścią w dębowe drzwi.
|
|
|
04-22-2009, 20:10
|
#4
|
|
Niepoprawny marzyciel
Zarejestrowany: Apr 2009
Posty: 32
|
Otworzył im pucołowaty czarodziej o przyjaznym wyrazie twarzy.
- Psorze Longbottom, przyprowadziłem pirszorocznych.
- Dzięki, Hagridzie - odpowiedział mężczyzna nazwany profesorem Longbottomem.
- Czas na ceremonię przydziału. Zapraszam. - Wprowadził ich do sali wejściowej.- Możecie trafić do jednego z czterech domów: Gryffindoru, Hufflepuffu, Ravenclawu lub Slytherinu. Teraz macie czas na dokonanie ostatnich poprawek w swoim wyglądzie, zanim pokażecie się reszcie uczniów - dodał rozbawionym tonem.
W miejscu, gdzie było utkwione spojrzenie belfra stał chłopak o kasztanowych włosach, które zdawały się nie słuchać jego poleceń, aby nie opadały na wielkie, niebieskie oczy.
- Gotowi? No to idziemy!
Otworzył drzwi na prawo, a ich oczom ukazała się Wielka Sala z czterema stołami domów i jednym stołem stojącym do nich równolegle, za którym zasiadło grono pedagogiczne.
- Stańcie tutaj. Proszę twarzami do reszty szkoły.
Nauczyciel rozwinął pergamin i zaczął wyczytywać nazwiska uczniów. Ara nie bardzo słuchała, gdyż zainteresowała się nauczycielami siedzącymi przy stole, a szczególnie jednym. Był to czarodziej wyglądający dziwnie znajomo, zajmował on miejsce dyrektora i jako jedyny zdawał się nie zwracać uwagi na nowych uczniów.
- Czy to... Czy to jest...? - szturchnęła młodego Lupina.
- Tak, to on, jest teraz dyrektorem - odszepnął chłopak.
Zanim zdążył powiedzieć coś więcej, usłyszeli głos profesora:
- Lupin Teddy!
Młody czarodziej luzackim krokiem podszedł i usiadł na stołku. Lecz po jakimś czasie jego twarz wykrzywił dziwny grymas. Oczy się zwęziły. Zdawał się bardzo intensywnie myśleć. Siedział tak przez dłuższą chwilę, aż tiara wrzasnęła: "Slytherin!". Uśmiechnął się tylko i popędził w stronę wiwatujących Ślizgonów.
- Lynch Swen!
Był to owy szatyn z rozczochranymi włosami. Podjął ostatnią próbę okiełznania fryzury i ze zrezygnowaną miną zasiadł na stołku.
- Ravenclaw! - rozległ się krzyk.
Chłopak odbiegł, a oczy Longbottoma utkwiły się w dziewczynie. Patrzył na nią jakoś inaczej, jak gdyby czuł się niezręcznie. Jednak nie tylko on zdawał się być zakłopotany, wszyscy nauczyciele zwrócili oczy w jej stronę. Nawet dyrektor.
- McKevin Ariana.
Ara z mocno bijącym sercem podeszła do krzesła i drżącymi rękoma nałożyła tiarę na głowę.
W jej głowie rozległ się cichutki głosik:
- Wiem gdzie chcesz trafić, ale czy to na pewno dobrze? Według mnie bardziej pasujesz do trzech pozostałych domów. Masz mnóstwo odwagi, ścisły umysł, ale i odrobinę arogancji i cwaniactwa.
Ariana czekała. Nie chciała przekonywać Tiary, że powinna zostać Gryfonką. Pozostawiła jej wybór. Wiedziała, że potem będzie tego żałować, ale cóż - raz się żyje.
- Tak, tak, tam będziesz na pewno pasować. Slytherin!
Ostatnie słowo już nie brzmiało tylko w głowie dziewczyny, ale poniosło się echem po całej sali.
Ślizgoni zaczęli klaskać. Jednak nie były to wiwaty tak głośne, jak przy innych przyjętych. Zasiadła za stołem obok Teddy'ego. Uczniowie wokół nie podawali jej rąk i nie gratulowali przyjęcia do Slytherinu...
W końcu ceremonia dobiegła końca i powstał dyrektor:
- Zanim zaczniemy spożywać kolację chciałbym powiedzieć kilka słów. Pierwszoroczni niech wiedzą, że wstęp do Zakazanego Lasu jest absolutnie zabroniony. Nasz woźny, pan Filch prosił, abym przypomniał, że używanie produktów Weasley'ów będzie surowo karane. To by było na tyle. Smacznego.
Tu klasnął w dłonie, a stoły zapełniły się obficie wszelkiego rodzaju przysmakami. Zaczynając na udkach kurczaka, a kończąc na biszkoptach czekoladowych polanych sosem miętowym.
- Jednak nasze marzenia się nie spełniły - zagadnęła bardzo cicho Teddy'ego. - Jesteśmy w Slytherinie. Dobrze, że chociaż razem.
Gdy mówiła ostatnie słowa w jej głosie było słychać wyraźną ulgę.
- Widzisz, Ara, dla mnie nie ma to większego znaczenia. Bo znam wielu czarodziejów, którzy byli Ślizgonami, ale byli też dobrymi ludźmi. Jeśli uważnie czytałaś sagę o Potterze to na pewno wiesz, kogo mam na myśli.
- Tak, wiem - mruknęła i sięgnęła po biszkopty - Tylko bardzo się zdziwiłam, że tu trafiłam. - Chyba jestem pierwszą mugolaczką przy tym stole - powiedziała niepewnie.
- Możliwe, ale nie przejmuj się tym - odparł pocieszająco Lupin i zajął się pochłanianiem jedzenia.
Kiedy uczta dobiegła końca udali się za swoimi prefektami do Pokojów Wspólnych. Każdy dom gdzie indziej.
Ted i Ara zeszli po marmurowych schodach i zagłębili się w labiryncie lochów.
- Nareszcie na miejscu - mruknęła dziewczyna, gdy tylko stanęli.
- Hasło to "Eliksiry" i przypominam, że uczniom innych domów nie można podawać naszego hasła. - Tu prefekt spojrzał na jakąś wyniośle wyglądającą dziewczynę, która tylko prychnęła.
Gdy Ariana pożegnała się z Teddym i udała się z innymi dziewczętami do swojego dormitorium, z radością stwierdziła, że jest w nim ciepło i przytulnie.
Rozmyślania nad tym wszystkim, co wydarzyło się w ciągu ostatnich tygodni zostawiła sobie na potem. Teraz była zbyt zmęczona i marzyła tylko o odpoczynku. Wsunęła się więc pod kołdrę i natychmiast zasnęła.
|
|
|
04-22-2009, 20:12
|
#5
|
|
Niepoprawny marzyciel
Zarejestrowany: Apr 2009
Posty: 32
|
Część 3
Ciepłe promienie słoneczne wpadały do dormitorium dziewcząt. Ariana odsunęła zasłony i powoli zaczęła się ubierać.
Gdy weszła do pokoju wspólnego, czekał już na nią Ted.
- Cześć! Słyszałaś, że za tydzień mamy pierwszą lekcję latania?! Super, nie? - Zaczął paplać wesoło.
- Nie, jeszcze nie. To wspaniale! Mam nadzieję, że pogoda nam dopisze. No wiesz, nie chcę pierwszy raz siedzieć na miotle pod prysznicem.
- Hahaha! Dobra jesteś. Wierz mi, pokochasz latanie. To jest cudowne.
-A co ja obiad jestem, że mam być dobra? - zażartowała - Mam nadzieję, że się nie rozczaruję - dodała, a na jej twarzy rozbłysł uśmiech, jak zwykle mający w sobie coś zagadkowego.
- Dobrze się składa, że ta lekcja jest dopiero za tydzień. Bardzo dobrze, bo widzisz, ja będę musiał dziś jechać na kilka dni do domu.
- Aha.... No skoro tak... to..yyy...fajnie, że ta lekcja jest za tydzień - mruknęła niezbyt dobrze kryjąc zaskoczenie i smutek.
Nie chciała, żeby Ted wyjeżdżał. Wiedziała, że wtedy zacznie się prawdziwe piekło. Bo kto nie będzie dokuczał szlamie? A Lupin zawsze potrafił się odciąć. Przy nim czuła się znacznie pewniej.
Za oknem była już ciemna noc, a na granatowym niebie wisiał piękny, jasno świecący księżyc w pełni. Z daleka dało się słyszeć odgłosy nocnego życia dzikich mieszkańców Zakazanego Lasu. Pogoda była nadzwyczaj spokojna, jak na tę porę roku. Drzewa szumiały przyjaźnie, gdy lekki wiatr poruszał ich liśćmi. Wszystko aż kusiło, by urządzić sobie małą przechadzkę.
Ara postanowiła wymknąć się na spacer nad jezioro. Oby jej się udało. Zawsze robiła to z Tedem, ale on akurat dzisiaj musiał wyjechać.
Najciszej jak tylko potrafiła opuściła lochy. Nie było to takie proste, ponieważ każdy, nawet najmniejszy szelest, był o wiele bardziej słyszalny nocą.
Przez Salę Wejściową prawie przebiegła. Przyspieszyła jeszcze bardziej, gdy do jej uszu doszedł odgłos kroków dochądzących z korytarza. Na szczęście drzwi wejściowe były otwarte.
Gdy tylko z głuchym trzaskiem zamknęły się za nią wrota zamku, popędziła w stronę jeziora. Ukryła się w trawie i przeczekała chwilę, aby upewnić się, że nikt za nią nie wybiegnie. Stukot w tych ciemnościach i ciszy wydał jej się uderzeniem dzwonu.
Po kilku minutach, które były dla niej wiecznością, odetchnęła z ulgą i wyruszyła na spacer wzdłuż jeziora. Przyjemnie było obserwować gładką powierzchnię wody i przyglądać się się swojemu odbiciu.
Zbliżała się już do granicy z Zakazanym Lasem, gdy tuż przed nią, z gąszczu wyłoniła się wielka postać.
- Aaa! Ratunku! - Ariana zaczęła wrzeszczeć ile sił w płucach. Dopiero po kilku sekundach zrozumiała jak wielką popełniła gafę i głos zamarł jej w jednej chwili. Prawie tak samo szybko, jak zaczął wydobywać się z jej gardła.
- Cholibka... - zacmokał olbrzym. - Spokojnie, to tylko ja, Hagrid. Nie ma się czego bać.
- Przepraszam, zapomniałam jaki pan jest wielki - wymamrotała, a jej policzki pokrył rumieniec. Miała tylko nadzieję, że w księżycowym świetle tego nie widać. Wiedziała, że Hagrid na pewno by się nie śmiał z jej zawstydzenia. Sam często powtarzał, że ludzie na jego widok wpadają w popłoch, a co dopiero jedenastolatka i to w środku nocy. Dowiedziała się tych kilku drobnych szczegółów, gdy czasami odwiedzała chatkę gajowego z Teddym.
- Szkoda, że Teda tu nie ma - zagadnęła. - Z nim się niczego nie obawiam.
- Tak... tak... mars w pełni... biedny chłopak.
- Hagridzie, czy on jest wilkołakiem? - zapytała nieśmiało o to, co podejrzewała już od dawna.
- Niestety tak.
- Co wy tu robicie? - Ich spokojną rozmowę niespodziewanie przerwał zimny, ponury głos.
- Nic, panie psorze, gadamy sobie - odparł natychmiast olbrzym.
- Ciebie rozumiem Hagridzie, możesz chodzić gdzie chcesz i o której chcesz, ale panna McKevin powinna już dawno być w swoim dormitorium. Co masz na swoje usprawiedliwienie? - zapytał dziewczynę, a w jego oczach pojawił się złowieszczy błysk.
- Ja... ja - zaczęła się jąkać Ariana. Nie miała pojęcia dlaczego, ale ten mężczyzna ją przerażał.
- Nie wie pani? W takim razie sześć dni szlabanu i minus 30 punktów dla Slytherinu. Proszę czekać jutro o dwudziestej w Sali Wejściowej na profesora Logbottoma. Podobno potrzebuje pomocy przy roślinach - wyszeptał.
Ton jego głosu był tak groźny, że dziewczyna mimo woli się wzdrygnęła.
- Skąd on, do diabła, wiedział, że to będzie dla mnie najgorszy możliwy szlaban? Jak ja nienawidzę zielarstwa! To grzebanie w piachu. Chyba nie ma nic bardziej nieprzyjemnego - pomyślała ze wstrętem.
- A teraz proszę wracać do łóżka. Miłej nocy życzę.
- Dobranoc, panie dyrektorze - powiedziała drżącym głosem i odwróciła się na pięcie. Szła jak najszybciej mogła, ale starała się nie biec. Nie chciała, żeby uznał ją za tchórza.
|
|
|
04-22-2009, 20:12
|
#6
|
|
Niepoprawny marzyciel
Zarejestrowany: Apr 2009
Posty: 32
|
Najbliższe dni minęły Arianie w zawrotnym tempie. Miała mnóstwo roboty. Zaczynając od prac domowych, których było coraz więcej, a kończąc na piekielnym szlabanie u Longbottoma. Jak by tego było mało, w pokoju wspólnym ciągle słyszała drwiące komentarze: "Tak, te punkty to przez tą szlamę" albo "Kto inny zdobyłby punkty ujemne, jeśli nie ta, nic nie warta, szlama?";.
Dlatego też z ulgą spostrzegła, że upłynął już tydzień, od kiedy Ted wyjechał.
Ogarnęła ją jeszcze większa radość, gdy ujrzała go siedzącego przy stole w Wielkiej Sali.
- Cześć Teddy, jak się masz? - przywitała chłopca.
- O, witaj! Świetnie, a ty? - zapytał z promiennym uśmiechem. Jednak w jego oczach można było zauważyć tę samą mieszaninę uczuć, którą Ariana widziała podczas podróży Expresem Londyn - Hogwart. Miało to miejsce miesiąc temu. Teraz już wszystko stało się jasne.
Nie czekając na zaproszenie usiadła obok młodego czarodzieja, zanim zdążył je zająć jakiś inny ślizgon. Nałożyła sobie owsianki tak, jak jej przyjaciel i zaczęła zajadać ze smakiem. Jak zwykle o tej porze, do Wielkiej Sali wdarła się chmara sów zanoszących listy dla uczniów.
- Spójrz, jedna leci w naszą stronę. Spodziewasz się poczty? - zapytał chłopak podnosząc wzrok znad miski.
- Nie. Ciekawe niby, od kogo? Moi przyjaciele nie używają sowiej poczty. No, może jeden. - Puściła oko do chłopaka.
Lecz zaraz potem musiała zająć się odwiązywaniem listu od nóżki płomykówki. Zaciekawiona spojrzała na adres nadawcy i uśmiechnęła się z niedowierzaniem. Jednak, ku przerażeniu jej przyjaciela, w miarę czytania jej oczy coraz bardziej się rozszerzały, a twarz bledła.
- To niemożliwe - wymamrotała tak cicho, że tylko z ruchu jej warg można było się domyślić, co chciała powiedzieć.
Teddy pomyślał, że jeszcze nigdy nie widział nikogo w takim stanie
- Co...? - wyjąkał, lecz zanim zdążył dodać coś jeszcze, Ariana wstała i nie zaszczycając nikogo nawet spojrzeniem, opuściła pospiesznym krokiem Wielką Salę.
Zszokowany Lupin wpatrywał się przez kilka sekund w miejsce, w którym dziewczyna zniknęła mu z oczu. Następnie również podniósł się z krzesła i podążył za nią, zapominając o niedokończonym śniadaniu.
Odnalazł ją nad jeziorem, w miejscu gdzie graniczyło ono z lasem. Siedziała schowana pomiędzy wysokimi trawami, opierając się o pień drzewa. Jej bladą twarz oświetliły promienie słońca. Z pozoru wyglądała jak zwykle, w szacie uczniowskiej i włosami spływającymi luźno po ramionach. Jednak w trzęsących się rękach trzymała list, a jej nieprzeniknione oczy lśniły od łez. Kontrastowało to z radosnym świergotem ptaków i podekscytowanymi głosami uczniów, udających się do cieplarni.
- Ariano, co się stało? - wyszeptał siadając obok niej.
Niestety nie usłyszał ani jednego słowa wydobywającego się z jej ust. Nie patrząc na niego wcisnęła mu w rękę ową kartkę.
Przebiegł ją dwukrotnie wzrokiem, tak, jakby nie mógł uwierzyć w to, co jest na niej napisane. Potem oddał jej list i delikatnie chwycił ją za rękę. Odwzajemniła jego uścisk. Oboje milczeli.
Przedpołudnie minęło im bardzo ponuro. Nawet zbliżająca się lekcja nauki latania nie sprawiała dziewczynce już radości. Co chwilę ocierała ukradkiem oczy i zaciskała usta.
- Zobaczysz, wszystko się jakoś ułoży. Nie martw się, skoro twój ojciec do tej pory nie miał ochoty się ujawnić, to już tego nie zrobi. Tak mi się wydaje. - Teddy jak tylko potrafił starał się poprawić humor swojej towarzyszce, niestety ze znikomym skutkiem.
- Mam gdzieś ojca! Nie chce nim być to nie, ale jak mama mogła mnie tak oszukiwać?
- Na pewno chciała zaoszczędzić ci cierpienia i rozczarowań. Sama mówiłaś, że późno ujawniłaś swoje magiczne zdolności.
- Sugerujesz, że uważała mnie za charłaczkę? Tak, nie ulega wątpliwości, że pragnęła oszczędzić mi zawodu - powiedziała z gniewem, a w jej głosie słychać było nutki goryczy pomieszanej z sarkazmem.
W gruncie rzeczy Teddy wcale jej się nie dziwił. Chyba nawet jej współczuł. Sam nie wiedział, co by czuł albo zrobił gdyby się okazało, że mężczyzna, którego przez całe życie uważał za swojego tatę, naprawdę nim nie jest.
Po obiedzie udali się na błonia, gdzie czekał już na nich profesor Wood. Był to młody nauczyciel, który kiedyś należał do zawodowej drużyny Quidditcha.
- Witam wszystkich na pierwszej lekcji latania na miotle. Zapewne większość z was już to robiła, a myślę, że nowicjusze szybko się nauczą - powiedział z uśmiechem.
Chwilę potem, kiedy wszystkie miotły reagowały na komendę uczniów "do mnie!", pozwolił im na próby oderwania się od ziemi.
Ariana nadal nie mogła się pogodzić z tym, że jej matka tak ją okłamała. Nie potrafiła znaleźć ani jednego argumentu, którym jej rodzicielka mogłaby wytłumaczyć swoje postępowanie. Nie rozumiała tego, co się wokół niej działo i przeszło jej nawet przez myśl, iż wolałaby nigdy nie dostać się do Hogwartu. Z westchnieniem wsiadła na miotłę i bez większego trudu wzbiła się w powietrze. Poczuła się o wiele lepiej, jakby wszystkie problemy pozostały na ziemi.
- Ted, ja lecę! - zawołała z radością do chłopaka, który szybował obok niej.
Lecz uśmiech znikł z jej twarzy równie szybko, jak się pojawił. Ręce ześliznęły się z rączki. Spadała...
|
|
|
04-22-2009, 20:14
|
#7
|
|
Niepoprawny marzyciel
Zarejestrowany: Apr 2009
Posty: 32
|
Część 4
Szczupły mężczyzna w czarnej szacie spacerował korytarzami zamku Hogwart.
W pewnym momencie zauważył mocno pomiętą kartkę leżącą obok torby pozostawionej, prawdopodobnie przez jakąś uczennicę, w Wielkiej Sali.
Z ciekawością rozwinął pergamin, który został zapisany pochyłymi, drobnymi literkami. Serce zabiło mu mocniej. Taki styl pisma miała kobieta, którą paradoksalnie znał dobrze, a równocześnie wcale.
Zapomniał o czymś takim, jak prywatna korespondencja i zabrał się do czytania.
Droga córeczko!
Mam nadzieję, że podoba Ci się szkoła oraz że Twoje stopnie są równie dobre, jak w mugolskiej. Wiem, że przed Twoim wyjazdem do Hogwartu traktowałam Cię nieco oschle, ale to tylko dlatego, że nie mogłam znieść myśli, iż opuszczasz dom na tak długo. Cóż, może nie tylko dlatego, lecz między innymi.
Jednak piszę ten list w innym celu. Muszę Ci powiedzieć o czymś bardzo ważnym. Wiem, że powinnam zrobić to już wcześniej, ale bałam się. Przepraszam. Pewnie jesteś ciekawa, co przed Tobą ukrywam, a właściwie ukrywałam przez całe życie. Otóż Mortimer McKevin nie jest Twoim biologicznym ojcem. Jest nim czarodziej. Nie chciał się on ujawnić i uwierz mi, to było dla Ciebie najlepsze rozwiązanie. Dzięki temu byłaś bezpieczna.
Jest jeszcze coś, o czym powinnaś wiedzieć. Ja również jestem czarownicą. Jednak od pewnego czasu żyję jak mugolka.
Mam nadzieję, że wybaczysz mi te wszystkie sekrety.
Napisz co u Ciebie.
Kocham Cię
Mama
Ps. Czekam na odpowiedź. I tata Cię pozdrawia. Mo uważa Cię za swoją córkę niezależnie od tego czy jest Twoim biologicznym ojcem, czy tylko przyszywanym. Pamiętaj o tym.
Oczy mężczyzny kilkakrotnie przebiegły pergamin, jakby chciały przekonać same siebie, że to, co widzą, to tylko koszmarny sen.
Jak ona mogła mu to zrobić? Przecież prosił ją, aby jej nic nie mówiła. Ariana miała się nigdy nie dowiedzieć o całym zajściu!
Odłożył list na miejsce i ruszył w stronę swojego gabinetu. Jednak nie widział drogi, którą zmierzał. Przed jego oczyma ukazywały się wizje sprzed dwunastu lat.
Czerwcowa noc była wyjątkowo spokojna.
Mężczyzna w czarnej pelerynie aportował się w jakimś obskurnym miejscu. Z tego, co wiedział, niedaleko znajdował się bar dla czarodziejów i czarownic.
Przebywał na terenie południowej Walii mając nadzieję, że nikt go tu nie rozpozna.
Musiał się dobrze ukryć. Niedawno dokonał wielkiego morderstwa, za które otrzyma wątpliwą nagrodę. Powinien jednak także pamiętać, że może go dosięgnąć kara, jeśli znajdzie się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. A było wiele osób, które chciały osobiście wymierzyć sprawiedliwość zbrodniarzowi.
Zdecydował więc, że po nagrodę zgłosi się trochę później, a tymczasem wypije kilka drinków, aby utopić w nich problemy. Nie robił tego nigdy, ale wyjątkowe sytuacje wymagają wyjątkowych rozwiązań.
Gdy wszedł do pubu od razu zauważył obecność społeczności czarodziejskiej. Gdzie nie padł jego wzrok, działy się (z pozoru) dziwne rzeczy. Oczywiście tylko mugol mógłby je za takie uważać. On jako doświadczony czarodziej nie zwrócił większej uwagi na to, że kieliszki same się napełniają, a łyżki same mieszają herbatę.
Spojrzał na bar, przy którym siedziała tylko jedna osoba. Młoda blondynka sączyła drinka wpatrując się znudzonym wzrokiem w szklankę.
Postanowił dotrzymać towarzystwa ładnej dziewczynie.
Usiadł na stołku obok i ukradkiem przyglądał się kobiecie.
Miała wielkie oczy i zgrabny mały nosek, a jej długie, jasne włosy spływały w nieładzie po plecach. Poczuł się nieco dziwnie. Głębia jej niebieskich oczu sprawiła, że miał przemożną ochotę chwycić ją za rękę albo dotknąć kosmyka jej włosów. Pomyślał, że się zauroczył. I to niebywale szybko. Nie wiedział jak to możliwe. Dotychczas był pewien, że jest tylko jedna kobieta, która potrafiła zawrócić mu w głowie. Co prawda wybranka jego serca prawie dwadzieścia lat temu odrzuciła jego nieme prośby o miłość. Nie znaczyło to jednak, że o niej zapomniał.
- Witaj. Miło cię poznać. Nazywam się Venus - zagadnęła do niego przyjaźnie i wyciągnęła rękę w geście powitalnym.
Oszołomiony tą niespodziewaną prezentacją uścisnął dłoń blondynki i wymamrotał coś w stylu:
- Cała przyjemność po mojej stronie.
Był zażenowany. Nagle uznał swój pomysł, aby zadbać o towarzystwo dla siebie za zbyt odważny, biorąc pod uwagę sytuację, w której się znalazł. Toteż szybko zamówił najmocniejszego drinka, jakiego można było dostać i odszedł od baru, po czym zasiadł przy najbardziej zacienionym stoliku w kącie sali.
Jednak kobieta, z którą zamienił ledwie kilka słów nie zrezygnowała i śmiało przesiadła się obok niego.
- Ciężkie mamy czasy, nie sądzisz? - powiedziała.
Najwyraźniej za wszelką cenę chciała podtrzymać konwersację.
- Taa... Ciężkie - odparł niechętnie.
- Nie boisz się, że ktoś cię napadnie, jak będziesz sam chodził po nocy? Mówią, że dzisiaj to niebezpieczne - ciągnęła dalej, a jej głos brzmiał tak miło, iż marzyło się, aby nigdy nie przestawała mówić. Zadziwiające było również to, że wcale mu nie przeszkadzało to, że kobieta przeszła na "ty", pomimo iż nawet nie znała jego imienia. Z reguły życzył sobie, aby zwracano się do niego z należytym szacunkiem.
- Nie, nie obawiam się tego. A ty?
Zmierzył ją wzrokiem, próbując wyobrazić sobie jak poradziłaby sobie w razie kłopotów.
- Oczywiście, że się lękam. Ja tu mieszkam.
- Ach...- powiedział.
Zabrzmiało to dość głupio, ale te kilka drinków, które wypił chyba zaczynały już działać, ponieważ wiele myśli umknęło z jego głowy nie wiadomo dokąd.
Długo jeszcze rozmawiał z dziewczyną, pijąc kolejne napoje z wkładką.
Następnego dnia został brutalnie wyrzucony z pubu, w którym nocował. Nie miał pojęcia, dlaczego nadal tam był. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętał z zeszłego wieczoru była blond piękność.
Z zamyślenia wyrwał go jego własny głos.
Właśnie podał hasło chimerze broniącej wejścia do jego gabinetu. Wszedł na pierwszy stopień, a schody same poniosły go ku dębowym drzwiom.
Ponownie pogrążył się we wspomnieniach.
Zima tego roku była długa i sroga. Zmierzał właśnie w kierunku dworu Malfoy'ów na spotkanie, gdy drogę przesłoniła mu blondynka, którą spotkał jakieś dziesięć miesięcy temu.
Na rękach trzymała zawiniątko. Marszcząc brwi zbliżył się do niej powoli, przeczuwając, czym może być owy tobołek. I nie mylił się. Dostrzegł niemowlę.
Blondynka bez słowa podała mu dziecko. Była to dziewczynka. Nie płakała, tylko patrzyła na niego swymi czarnymi oczyma, tak podobnymi do jego.
- Co to za dziecko? - zapytał, choć był prawie pewny, jaką otrzyma odpowiedź.
- To twoja córka - usłyszał i nie poczuł zupełnie nic oprócz strachu. - Musisz ją uratować, ścigają mnie śmierciożercy. Musisz mi pomóc ją ukryć! Błagam! - ciągnęła kobieta żałosnym głosem, a po jej policzkach spływały łzy.
Patrzył na nią oraz na niemowlę poczuł jak jego serce wypełnia fala litości oraz bólu.
- Oczywiście, że ci pomogę, ale tylko ze względu na to maleństwo - powiedział cicho. - Jest moim dzieckiem i to mój obowiązek, ale nie będę dla niej ojcem. Nie teraz. To zbyt niebezpieczne, może...kiedyś - dokończył kulawo. - Odpowiada ci?
Jeszcze raz spojrzał na niemowlę, które trzymał w ramionach i już wiedział, że co cokolwiek się stanie on zawsze będzie chciał być ojcem dla tego dziecka. Gwałtowność, z jaką doznawał tych sprzecznych uczuć zadziwiała go bardziej niż ktokolwiek mógł sobie wyobrazić.
Chwycił kobietę za ramię i obrócił się w miejscu.
Zanurzyli się w dusznej ciemności.
Po chwili ich stopy uderzyły o ziemię. Otworzył oczy i ujrzał miejsce, w które chciał się przenieść. Stali na trawniku przed niewielką willą.
- Gdzie my jesteśmy? - zapytała Venus drżącym głosem.
- Obok domu, w którym mieszka młody mężczyzna. McKevin. Nie patrz tak na mnie, to mugol. Skonfunduję go tak, aby myślał, że chce się z tobą ożenić, a ty już nigdy nie będziesz czarowała. Na razie to jedyna rzecz, jaka przyszła mi do głowy - powiedział dość szorstko.
- Dziękuję, zgadzam się na wszystko - szepnęła, lecz na jej twarzy dostrzegł mieszaninę uczuć. Smutek, niepokój i wdzięczność walczyły ze sobą w wielkich, błękitnych oczach Venus. Wiedział, o czym myślała i poczuł wyrzuty sumienia. Skrzywdził siebie, ją i to dziecko. Oto kolejny ciężar, który będzie musiał dźwigać do końca życia.
Ostatnio edytowane przez ArianaDumbledore : 04-22-2009 o 20:17.
|
|
|
04-22-2009, 20:18
|
#8
|
|
Niepoprawny marzyciel
Zarejestrowany: Apr 2009
Posty: 32
|
Scena się urwała. Stał przy oknie swojego gabinetu i obserwował pierwszoroczniaków, którzy zmagali się z miotłami.
W pewnej chwili jego wzrok padł na bramę wejściową. Zamrugał, nie mogąc uwierzyć w to, co widział. Na teren zamku wkroczyła kobieta nieco starsza od tej, którą widywał we wspomnieniach, ale na pewno ta sama.
Odruchowo spojrzał na unoszącą się już na miotle uczennicę Slytherinu. Musiała zobaczyć to samo, co on, bo uśmiech, który zagościł na jej twarzy nagle znikł i... O nie! To niemożliwe! Ona spada z miotły!
Wybiegł z gabinetu i ruszył w stronę Sali Wejściowej. Nie wiedział ile osób spojrzało na niego jak na wariata. Nie miało to żadnego znaczenia. Liczyło się tylko to, aby jak najszybciej znaleźć się obok córki. Pomóc jej. Wiedział, że to, co czuje do tego dziecka to nie tylko obowiązek, ale miłość. Kochał Arianę od dawna. Od zawsze. Uświadomił sobie, że nie zniesie ani dnia dłużej. Musi jej powiedzieć, kim jest.
Wybiegł w zawrotnym tempie z zamku i udał się w kierunku uczniów.
Teddy nie miał pojęcia, co się stało. Najpierw ujrzał rozpromienianą przyjaciółkę, a już po chwili leżała nieprzytomna na trawie. Spadła... Zanurkował i wylądował niedaleko niej. Już miał zamiar podbiec do dziewczyny, gdy zobaczył spieszącego ku nim mężczyznę. Coś w jego postawie sprawiło, że chłopiec zatrzymał się w pół kroku. Zauważył, że profesor Wood zrobił to samo.
Tymczasem mężczyzna ukląkł obok Ary i chwyciwszy ją delikatnie za ramię, mówił:
- Obudź się! Proszę, obudź się.
Zdezorientowani uczniowie obserwowali całą sytuację i szeptali między sobą z przerażeniem i ekscytacją.
Po chwili obok niego pojawiła się kobieta, co wywołało jeszcze większe emocje wśród pierwszoroczniaków,
Ted od razu rozpoznał w niej matkę Ariany. Widział ją na zdjęciach w albumie przyjaciółki. Jednak nie sprawiło to, że zaczął cokolwiek rozumieć.
- Zabierzmy ją do szpitala! - zawołała przerażona kobieta, widząc, że jej córka nie daje znaku życia.
- Myślę, że tymczasowo wystarczy, jeśli zaniesiemy ją do Skrzydła Szpitalnego - zawyrokował mężczyzna. Następnie wyczarował nosze i umieściwszy na nich dziewczynkę oddalił się w kierunku zamku. Za nim podążyła matka dziewczynki.
Młody Lupin wiedział, że teraz nie pomoże swojej towarzyszce toteż udał się w kierunku lochów. Postanowił, że zajrzy do niej za jakiś czas.
Ariana odzyskała przytomność w Skrzydle Szpitalnym. Zanim jednak zdążyła cokolwiek pomyśleć poczuła tępy ból w tyle głowy. Ostrożnie rozejrzała się wokół, aby zobaczyć skąd dochodzi rozmowa, która ją obudziła.
Jej wzrok padł na dwoje ludzi stojących przy oknie. Rozmawiali przyciszonymi głosami. Ara postanowiła nie ujawniać, że już nie śpi. Przeczucie mówiło jej, iż dorośli mówią właśnie o niej.
Przymknęła oczy i zaczęła nasłuchiwać.
- Jak mogłeś do tego dopuścić? - usłyszała dobrze jej znany karcący ton.
- Nic nie mogłem zrobić, chciałem, ale nie mogłem! Nie martw się, wkrótce dojdzie do siebie - ozwał się inny, niepokojąco znajomy głos...Należący do dyrektora!
Dziewczynę zdziwiło, że rozmawia z jej matką, jakby się znali.
- Mogłeś na nią bardziej uważać, a nie ciągle się ukrywać!
- Powiem jej dzisiaj.
- Dzisiaj?! - głos jej matki poniósł się echem po sali. - Rzeczywiście mało się nacierpiała, dorzuć jej jeszcze trochę! W końcu nie takie rzeczy już robiłeś - wysyczała.
Ariana mimo woli uchyliła powieki. Mężczyzna stał przodem do niej. Na jego twarzy po raz pierwszy dostrzegła uczucia. Ból i cierpienie.
- Nie, tak nie może być, ona jest niesprawiedliwa! - zawołał buntowniczo jakiś głosik w jej głowie.
- Przestań! - wyrwało się dziewczynce. Nie wiedziała, że jej mowa może brzmieć tak donośnie.
Oboje dorośli spojrzeli na nią przerażeni.
- Nie powinnaś była słyszeć tej rozmowy... - zaczęła niezgrabnie matka podchodząc do jej łóżka.
- Właśnie, że powinnam. Chcę wyjaśnień. Dlaczego mi nie powiedzieliście? Dlaczego to zrobiliście? Dlaczego pozwoliliście, aby wszyscy mieli mnie za gorszą? Za szlamę... - w tym momencie zamilkła, a po jej policzkach popłynęły łzy.
Każde jej słowo sprawiało, że mężczyzna czuł się, jakby ktoś wbijał w jego serce rozgrzany do czerwoności sztylet.
- To nie tak. Pozwól sobie wszystko wyjaśnić - powiedział i doznał szoku. Po raz pierwszy od wielu lat ton jego głosu był ciepły i pozbawiony ironii.
- Jasne, tylko się postarajcie. Nie zadowolę się byle czym.
"O tak, powinnaś poznać całą prawdę" - przemknęło przez głowę dyrektora i zaczął opowiadać.
- I zamieszkałaś u McKevina. Jednak po śmierci Voldemorta świat czarodziei nadal był w chaosie toteż uznaliśmy, iż dopóki wszystko się nie uspokoi nadal będzie tak, jak jest.
- Aha... Ale przecież od jakiegoś czasu jest już okey, więc dlaczego ja nic nie wiedziałam?
- Ponieważ kiedy można było ci to powiedzieć miałaś już pięć lat. Nie chciałem, aby wszystko się pomieszało w twoim życiu - mruknął dyrektor i z trudem zmusił się, by na nią spojrzeć.
- A teraz już ci to nie przeszkadza, tak?
Wiedziała, że przesadza, ale wcale nie powstrzymało jej to od wypowiedzenia tych słów. Teraz ból na twarzach rodziców sprawiał jej przyjemność.
- Tak teraz już chciałem, żebyś wiedziała.
- To dobrze - powiedziała Ariana i opadła na poduszki.
- A dlaczego mama tak nagle zjawiła się w Hogwarcie?
- Chciałam zobaczyć, co u ciebie. Martwiłam się. Po wysłaniu tego listu stwierdziłam, że to nie była najlepsza forma przekazywania tego typu informacji. - Teraz z kolei kobieta wyglądała na zawstydzoną.
- Aha - wymamrotała dziewczynka i zamknęła oczy.
Teraz wiedziała już wszystko. Tego, czego jej nie powiedzieli, domyśliła się sama. Czuła, że serce jej matki należy do Mortimera McKevina, tak, jak sercem ojca władała inna kobieta. A jej serce...no cóż, wyglądało na to, że ma troje rodziców. W gruncie rzeczy nie miała żalu do żadnego z nich. Chcieli tylko jej dobra.
Zasnęła.
Wieczorem wróciła do swojego pokoju wspólnego Ślizgonów. Tak jak się domyślała, Ted czekał na nią ze zniecierpliwieniem.
Zajęli miejsca obok kominka i bez zbędnych ceregieli Ariana zaczęła opowiadać młodemu czarodziejowi o wydarzeniach, które miały miejsce w Skrzydle Szpitalnym. Lupin był dobrym słuchaczem. Dopiero jak skończyła mówić krzyknął, jakby doznał nagłego olśnienia:
- Chcesz mi powiedzieć, że Severus Snape jest twoim ojcem?!
I natychmiast zatkał sobie usta ręką. Jednak było już za późno. Wszystkie oczy zwróciły się w ich stronę.
- Tak, jestem córką dyrektora, a moja matka również jest czarownicą.
Słowa te zabrzmiały jak oświadczenie. Teddy poczuł ulgę i jednocześnie podziw widząc reakcję przyjaciółki.
Wieści w Hogwarcie zwykle roznosiły się w expresowym tempie, ale ta była chyba najszybsza.
Już następnego dnia w całym zamku aż huczało od plotek.
Ariana budziła wielkie zainteresowanie. Uczniowie Slytherinu w końcu zaczęli ją traktować jak równą sobie, a nie nic nie wartą szlamę.
Jednak Ara wcale nie pragnęła rozgłosu. Toteż każdą wolną chwilę spędzała z Teddym, na którym wieść, iż dyrektor szkoły - Severus Snape jest ojcem jego najlepszej przyjaciółki (po początkowym szoku) nie robiła już żadnego wrażenia.
THE END!
|
|
|
Zasady postowania
|
You may not post new threads
You may not post replies
You may not post attachments
You may not edit your posts
kod HTML jest Wył.
|
|
|
Podobne wątki
|
| Wątek |
Autor wątku |
Forum |
Odpowiedzi |
Ostatni post / autor |
|
Tajemnica Snape'a
|
Narcyza |
Kosz |
10 |
08-08-2007 00:03 |
Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 18:33.
|
|