|
04-25-2009, 16:06
|
#1
|
|
Member
Zarejestrowany: Apr 2009
Posty: 81
|
Sny prorocze
Sny prorocze
Autor: Davis
Rozdział I
Jak trudno jest zabić...
A, gdy już wypełnisz nieuchronne przeznaczenie,
poczujesz, że na zawsze utraciłeś kogoś,
kto był dla ciebie, jak brat,
a po kim zostały tylko ciche wspomnienia,
tęsknota, ukryta w duszy.
Żal, wyryty głęboko w sercu.
Była noc. Znajdował się w jakimś starym, drewnianym kościele. Nie był tam sam. Wokół niego znajdowało się mnóstwo ludzi, a wszyscy wpatrzeni byli w jakiś tajemniczy obiekt na ołtarzu, jakby czekali na jakiś znak. Chciał podejść bliżej, żeby dowiedzieć się, co było obiektem zaciekawienia tylu ludzi ( swoją drogą czuł przed tym pewien strach), gdy nagle uświadomił sobie, że ktoś go woła z zewnątrz, ale nim dociekł źródła owego głosu, leżał już w łóżku, zlany potem;
- Ray, wstawaj! - tego ranka Sidney obudził się wyjątkowo wcześnie, nie wiedząc, co dokładnie wydarzyło się zaledwie parę minut temu. Podbiegł do łóżka głośno chrapiącego przyjaciela, potrząsając nim z całych sił.
- Co... Co się dzieje...? Zostaw! Puść mnie... Ratuunku!
- Ray! Skończ mamrotać przez sen, mam ci coś ważnego do powiedzenia!
Młody Thanks, kiedy doszedł do wniosku, że nic mu nie grozi przebudził się całkowicie i usiadł na swoim łóżku, przecierając zaspane oczy. Był to krępej budowy chłopak z gęstymi, jasnymi włosami.
- Dlaczego mnie budzisz o tak wczesnej porze? - Spojrzał na budzik, leżący na jego nocnym stoliku. Była piąta (!) rano. Spojrzał na Sidney'a, jak na wariata. - Coś się stało? - Spytał go z oszołomioną miną.
- W zasadzie... TAK! Inaczej bym cię nie budził! - Krzyknął poirytowany. - Znowu to miałem!
- ????? - Mina Ray'a wyrażała, że wie z tego tyle, co nic.
- No ten SEN! - Wyrzucił wreszcie z siebie Sidney, nie mogąc pojąć, jak można być aż tak niedomyślnym. - Z tym, że tym razem miałem wątpliwy zaszczyt gościć w kościele. Ale znowu powtórzył się ten motyw z głosem, nieznajomym głosem... tak bardzo chciałbym wreszcie dojść do tego, co to było. No i ten ktoś mnie wołał, nie słyszałem dokładnie, co mówił, no a potem... zobaczyłem na ścianie kościoła taki tekst... jak to leciało... "znajdziesz mnie tam, gdzie wiecznie trwam. HP". - Wyrecytował.
- Przecież miałeś skończyć z tymi nocnymi "wędrówkami". - Rzekł poirytowany Gryfon. - Sam mówiłeś, że staje się to coraz bardziej męczące.
- Niby tak, ale z drugiej strony czuję, że jestem coraz bliżej rozwiązania tej tajemniczej zagadki. - Odpowiedział mu Sidney, marszcząc czoło. - Dzisiaj jest sobota, hmm, pomyślmy... mamy dużo czasu.
- Co chcesz zrobić?
- Dojść do tego, gdzie mogę się dowiedzieć więcej o tym kimś. HP, to... hej! To mogą być jego inicjały!
- Gratuluję intelektu... - Powiedział nieco znudzony Ray. Sidney puścił to mimo uszu.
- Musimy jeszcze tylko pomyśleć, co to za miejsce. " Znajdziesz mnie tam, gdzie wiecznie trwam". - Powtórzył podniecony. W tym czasie Ray chcąc, nie chcąc, postanowił się ubrać, bo czuł, że nie będzie mu już dane spać.
- " Znajdziesz mnie...". - Mówił do znudzenia jego przyjaciel.
- Może cię nagrać? - Spytał się blondyn, starając się, by nie zabrzmiało to, jak sarkazm. - Sala Pamięci.
- Co?
- Mówię o Sali Pamięci. To tam są uwieczniane niektóre nazwiska.
- Stary, to jest to! Jak mogłem wcześniej na to nie wpaść! - Radość Sidney'a nie miała granic. - Idziemy do Sali Pamięci!
I ubrał się szybko, starając się nie obudzić innych kolegów z siódmej klasy, którzy spali z nimi w jednym dormitorium. Gdy był już gotowy, wziął w pośpiechu różdżkę ze stolika i wymknął się z pokoju, a Ray poszedł za nim;
Przebiegli przez zwykle pusty o tej porze pokój wspólny Gryffindoru, następnie przeskoczyli przez dziurę za portretem, nie oglądając się na zdziwionego Ruksa, strzegącego wejścia do Wierzy Północnej. Mijali skąpane w ciszy korytarze. Za oknem księżyc powoli ustępował miejsca słońcu;
Wreszcie dotarli na odpowiednie piętro. Mieli przy tym trochę kłopotów, bo w ostatnim czasie woźny Goyle zabarykadował wejście do Sali Pamięci z jednej strony korytarza, więc musieli iść na około.
Weszli do środka. Był to pokój niezwykły, pełen szklanych gablot z różnymi pucharami, medalionami, medalami i orderami. Zaczęli się przechadzać, szukając właściwego z inicjałami HP. Po jakichś piętnastu minutach Ray usłyszał połączony ze śmiechem zachwyt przyjaciela.
- Tutaj, Ray... jak mogłem się nie domyślić? - Sydney stuknął się w czoło. - Teraz to takie oczywiste!
- Co jest takie oczywiste? - Chłopak podszedł do niego. Spojrzał na order:
HARRY POTTER
Harry Potter, ur. 31 lipca 1980r.
Syn Jamesa i Lily Potterów. Znany
jako Chłopiec, Który Przeżył. Uczeń
Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hog-
warcie w latach 1991 - 1998. Otrzymał
specjalne odznaczenie, Order Merlina
Pierwszej Klasy za ostateczne poko-
nanie Lorda Voldemorta.
Nagle Sidney przewrócił się na kamienną posadzkę. W głowie szumiały mu na przemian słowa - ''strata, przeznaczenie''. Ray pochylił się nad nim.
- Co ci jest?
- Nic, nic...
Spróbował więc z innej strony.
- Ale dlaczego ci się przyśnił? Przecież Potter nie żyje już od pięciu lat... - Spytał powoli przyjaciela. - Myślisz, że chciał ci coś powiedzieć?
- Nie wiem... - Sidney wstał z podłogi. Byo mu trochę głupio. Widać było, że sam głęboko się nad tym zastanawia. - Zostawmy to na jakiś czas.
- Przecież tak byłeś tym zainteresowany?
- Tak, ale muszę trochę odpocząć, głowa mnie rozbolała. - Chłopak był jakiś dziwny, jakby nie był sobą. Jeszcze raz rzucił okiem na order i skierował się z stronę wyjścia. Resztę dnia włóczył się po szkolnych błoniach, a gdy wieczorem zrobiło się chłodno wrócił do Pokoju Wspólnego. Zahaczył o bibliotekę, wypożyczając książkę "Co robić, gdy masz do czynienia ze snami proroczymi?". Nie poszedł nawet na kolację. Usiadł wygodnie w okrągłym fotelu i otworzył książkę na wstępie, lecz nim zdążył cokolwiek przeczytać, zmorzył go sen;
Znowu był w kościele. Tym razem jednak było zupełnie cicho, była noc. Postanowił się więc rozejrzeć. Zapalił różdżką światło. Podszedł do ołtarza. Nie zauważył tam nic dziwnego, ale po dłuższych oględzinach dostrzegł w rogu kilka klepsydr. Zbliżył sie do nich...
Nic mu nie mówiły nazwiska osób, wypisane na białych kartkach papieru. Ot, zwykłe klepsydry. Odwrócił się i już miał wracać, gdy za oknem zerwał się wiatr i znowu usłyszał ten znajomy głos, tym razem wyraźnie. Bardzo wyraźnie...
- Podążaj za przeznaczeniem. - Usłyszał. Instynktownie odwrócił głowę. Na ścianie za ołtarzem pojawiła się nowa klepsydra. Podszedł do niej powoli. Gdy przeczytał pierwsze słowa, o mały włos nie krzyknął.
RAYMAN THANKS
Urodzony 23 czerwca 2015r.
Zmarł 12 maja 2032r.
Zginął śmiercią tragiczną.
Sidney obudził się w fotelu...
Ostatnio edytowane przez FanFiction : 04-25-2009 o 16:09.
|
|
|
04-25-2009, 16:06
|
#2
|
|
Member
Zarejestrowany: Apr 2009
Posty: 81
|
Rozdział II
Sidney obudził się w fotelu. Przez chwilę myślał, że nagłe przebudzenie jest wynikiem koszmaru, który mu sie przyśnił, ale po chwili zobaczył koło siebie Ray'a. Stał, przerażony.
- Co ci się znowu przyśniło? Miotałeś się, jakby cię do prądu podłączyli... - Powiedział, głośno nabierając powietrza. Sidney spojrzał na niego, jakby go widział po raz pierwszy w życiu.
- T-to... to ty!? - Krzyknął. W jego głosie wyraźnie słyszalna była ulga. - Nic ci się nie stało? Ty... żyjesz!
- A co niby miało mi się stać? - Ray coraz bardziej bał się o zdrowie psychiczne przyjaciela. - To ty jesteś jakiś... dziwny.
Usiadł obok Sidney'a, który nad czymś usilnie się zastanawiał. Nagle przez jego twarz przeszedł strach.
- Ray, eee, jaki właściwie dzisiaj jest dzień?
- Niedziela, a bo co?
- Nie, chodziło mi o datę...
- 12 marca. - Odpowiedział mu Ray. W żołądku Sidney'a coś nagle się przewróciło.
- Nie możemy się dzisiaj widzieć, najlepiej jakbyś w ogóle nie wychodził z pokoju wspólnego. Może, eee, przyniosę ci śniadanie do dormitorium?
- Sid, o co ci chodzi!? - Ray nie mógł uwierzyć własnym uszom. - Może mi wreszcie łaskawie powiesz, co sie wydarzyło w twoim śnie...
- Nic, nic takiego. - Chłopak starał się, by jego głos brzmiał zdawkowo. Spojrzał na zegarek. Była druga w nocy. - Idę spać, tobie też radzę.
Wstał i przeszedł przez pokój, który oświetlał tylko słaby blask z kominka.
- Albo lepiej ty idź sam. Ja się prześpię tutaj. - Zawrócił w pół drogi. - Może tym razem nic mi się nie przytrafi. - Dodał szeptem, by Ray tego nie dosłyszał.
Przyjaciel, rad nie rad, poszedł do dormitorium i, gdy Sidney usłyszał trzask zamykanych drzwi, podszedł do okna.
- Oby to tylko był sen, oby...;
Rankiem, gdy za oknem poczęło się robić coraz jaśniej i światło zaczęło wpadać do pokoju wspólnego jasnymi smugami, Sidney wstał z kanapy, z której urządził sobie łóżko. Po chwili powróciły też do niego wspomnienia minionej nocy, a razem z nim przerażenie. Po jakichś pięciu minutach ze schodów po lewej stronie do pokoju wpadł Matt, kolega Sidney'a z szóstej klasy, wyrywając go z zamyślenia. Matt był wysokim, przystojnym chłopakiem z czarną, gęstą czupryną na głowie. Był już kompletnie ubrany. Widac było, że humor mu dziś dopisuje.
- Cześć Sid. - Zagadnął. - Jak leci? Ty już tak wcześnie tutaj? Może zejdziesz ze mną na śniadanie?
- Cześć. Wiesz co, jakoś nie mam ochoty, by się spotykać z całą szkołą. Trochę mnie głowa boli. - Dodał, widząc, że kolega przygląda mu się z zaciekawieniem. Nie miał sił, by mu wszystko tłumaczyć.
- Skoro tak, to lecę. - I już go nie było.
Sidney przesiedział tak jeszcze chwilę, pogrążony w myślach, gdy ciszę rozdarł huk. Chłopak, jak na komendę wstał i pobiegł do swojego dormitorium, pełen najgorszych przeczuć, ale w połowie schodów prawie wpadł na Ray'a. Leżał na stopniach, a koło niego leżała różdżka, którą zapewne upuścił.
- No co, potknąć się nie można? - Ray, zdziwiony nagłą interwencją przyjaciela wstał z podłogi. Skierował się w kierunku wyjścia z Gryffindoru i zniknął za przejściem pod portretem. Sidney, nieco zakłopotany, postanowił zrobić to samo, lecz wcale nie miał zamiaru udać się do Wielkiej Sali. Czuł, że musi uciec jak najdalej, ze by tylko nie spotkać się z Ray'em. Z drugiej strony, dlaczego to właśnie on miałby go zabić? "Lepiej dmuchać na zimne" - pomyślał;
Wyszedł na chłodny dziedziniec, wszystko dookoła było uśpione, nic nie wskazywało, by dzisiaj miał się wypełnić ten proroczy sen... Przeciął błonia, kierując się do Zakazanego Lasu. "Chwila, przecież on jest ZAKAZANY. Z-A-K-A-Z-A-N-Y!" - szepnął mu w głowie cichy głosik. "Jeszcze tego brakuje, żebyś ty miał kłopoty". Ale Sidney'a mało to obchodziło. Liczyło się tylko to, by ochronić przyjaciela. Uciec przed przeznaczeniem, jeśli to w ogóle możliwe...
Zakazany Las wyglądał tak samo ponuro jak zawsze. Wokół panowała cisza. Widocznie wszystkie zwierzęta, dzikie bestie i Bóg wie, co jeszcze, spały, albo nie były świadome tego, że ktoś narusza ich teren. Sidney nie był jednak taki pewny siebie. Od czasu, jak przed trzema laty wściekłe centaury zadźgały na śmierć Hagrida, wszyscy trzymali się od tego miejsca z daleka. Krążyły pogłoski, że były gajowy sam je sprowokował, obrażając je. Każdy jednak dobrze wiedział, jakie centaury potrafią być nieprzewidywalne;
Mijał kolejne drzewa, starając się, by nie zajść za daleko. Suche gałęzie pękały pod jego stopami. Nagle, jakieś dwadzieścia, trzydzieści stóp od skraju lasu usłyszał za drzewami cichy głos, jakby szept. Podszedł bliżej, w nadziei, że się przesłyszał. Niczego tam nie było, zobaczył jedynie ślady stóp na ziemi, lecz, gdy podniósł oczy, jego wzrok przyciągnął najbliższy pień wysokiego drzewa. Były tam wyżłobione litery, układające się w zdanie:
"Nie uciekaj przed przeznaczeniem, znajdziesz go szybciej, niż myślisz".
Sidney gwałtownie nabrał powietrza, zakręciło mu się w głowie. Z drugiej strony nie mógł odeprzeć wrażenia, że ktoś najwyraźniej bawił się z nim w kotka i myszkę.
- Kim jesteś? - Zawołał. Jego głos potoczył się szerokim echem. Nagle zza jakiegoś drzewa wyszedł ku niemu chłopak. Miał około siedemnastu, osiemnastu lat. Gdy podszedł bliżej, Sidney zauważył, że miał na czole bliznę w kształcie błyskawicy, czarne, potargane włosy,a w ręku trzymał różdżkę. Sidney myślał, że znowu zapadł w jakiś dziwny sen, uszczypnął się w rękę, ale nic się nie stało. Nie śnił.
- Harry... Harry P-potter? - zapytał w głębokim szoku.
- Tak, to ja.
- A-ale ty przecież, przecież...
- Nie żyję, tak, wiem. - Odparł ze smutkiem. - Ale jestem tu, bo ty tego chciałeś.
- Ja? - Sidney był kompletnie zbity z tropu.
- Tak. Nie pamiętasz? Przecież wołałeś, chciałeś się dowiedzieć skąd pochodzą te znaki na drzewie. No i jestem.
- Ale t-ty jesteś, wyglądasz t-tak młodo...
- Wyglądam tak, jak mnie zapamiętało to miejsce, ten las, ta szkoła... - Harry był spokojny, jednak co jakiś czas rozglądał się dookoła. - Gdzieś tu powinien być... O, jest!
Schylił się i podniósł z ziemi czarny kamień. Sidney spoglądał na niego z szeroko otwartymi oczami.
- Wiesz, co to jest? - Spytał się go Potter.
- Czy to nie jest Ka... Kamień Wskrzeszenia?
- Tak... Leży tu nietknięty od prawie dwudziestu lat. Chyba już rozumiesz? Przez przypadek dotknąłeś tego kamienia i mnie wezwałeś. Cieszę się, że tak się stało. Chciałbym ci jednak jeszcze coś wytłumaczyć. - Wskazał ręką na napis na drzewie. - To, co przeczytałeś powinno być dla ciebie wystarczającą przestrogą. Znalazłeś się tutaj, bo czegoś się boisz. Ja wiem, czego. Wiesz, co znaczą te sny? Sam kiedyś miałem podobne. Uciekałem przed nimi, jednocześnie będąc ciekawym następnych. Byłem ślepy. Tak bardzo w nie uwierzyłem, że mój ojciec chrzestny musiał zginąć nadaremnie. Myślisz, że jak ty będziesz się przejmował tymi snami, to będzie lepiej?
- Chcesz powiedzieć, że nie powinienem... nie mogę w nie wierzyć? Myślisz, że jest jakaś szansa, by mój przyjaciel, Ray... - Spytał Sidney z nadzieją.
- Nie, nie myślę tak. - odpowiedział Harry smutno. - Chcę jedynie, byś zrozumiał, że nie powinieneś przywiązywać do nich wagi. To nic nie zmieni. Przeznaczenia nie oszukasz. Nie uciekaj przed nim. Uwierz mi, że to, co ma sie stać ma swój głębszy, ukryty sens. Jeszcze go nie widzisz, ale w końcu zrozumiesz. Jestem tego pewny.
- Ale... dlaczego - w głosie Sidney'a pobrzmiewała rozpacz - dlaczego to twój głos słyszałem w tych moich... snach.
- Mój głos był w tobie. Słyszałeś go, bo, podobnie, jak ja kiedyś zostałes wystawiony na próbę... podobną próbę zmierzenia sie z rzeczywistością, z przeznaczeniem. Jak myślisz - gdybyś wtedy, będąc w Sali Pamięci, nie zorientował się, że to ja do ciebie mówiłem, gdybyś nie wiedział, że to był mój głos, to czy byś mnie teraz tutaj widział? Wiedziałeś, że to byłem ja, więc podświadomie teraz też przeczuwałeś, że ja napisałem to na drzewie. I, jak już mówiłem, wezwałeś mnie. Więc jestem. - odparł z lekkim uśmiechem. - Może jeszcze tego nie pojmujesz, sam kiedyś nie chciałem uwierzyć, że przeznaczenie ma taką moc... - spuścił wzrok - ale... musisz wiedzieć, że nic nie dzieje się bez przyczyny.
- To mi wytłumacz! Dlaczego on musi zginąć? - Sidney nie potrafił dłużej tłumić w sobie żalu. - Skoro twoje sny cię zmyliły, byłe fałszywe, to dlaczego moje mają być prawdziwe?!
- Ze mną było inaczej. Moimi snami kierował Voldemort, twoje są inne. Uwierz mi, wiem coś o tym. Pozwól swojemu przyjacielowi wypełnić przeznaczenie, a zrozumiesz, o co w tym wszystkim chodzi. Na razie nie mogę ci powiedzieć nic więcej. Wiem, że jest to dla ciebie trudne, sam bym chyba nie wiedział, co robić. Jesteś na tyle szlachetny, że chciałeś ochronić Ray'a. My to wiemy. - Wskazał ręką na niebo. - Ale, proszę cię, wróć do szkoły i zrób, co powinieneś. - Gdy Harry to powiedział, odwrócił się i wrócił za drzewo.
- Zaczekaj! Proszę! - Krzyknął chłopak, ale odpowiedziało mu tylko echo. Wiedział, że nie ma innego wyjścia. Bardziej czuł, niż rozumiał, że musi zrobić to, co usłyszał, chociaż jeszcze nie wiedział, co dalej. Zebrał w sobie odwagę, jeszcze raz spojrzał na leżący na ziemi kamień. Nie chciał go zabierać. Powoli wrócił do szkoły...
|
|
|
04-25-2009, 16:08
|
#3
|
|
Member
Zarejestrowany: Apr 2009
Posty: 81
|
Rozdział III
Strach przed przyszłością -
przed nieznanym -
niepewność.
Nutka nadziei -
złudzenie-
konieczne, by żyć.
Przeznaczenie -
nieuniknione -
wypełnione.
Nagroda -
za poświęcenie -
ogromna.
Sens życia -
w kamieniu zaklęty.
Przedzierał się przez gąszcz Zakazanego Lasu. Widział nad sobą jasne niebo poranka, ale w głowie aż mu huczało od tego, co dopiero usłyszał. '' Nic nie dzieje się bez przyczyny'', '' zrób, co powinieneś''. Jakie te słowa były dla niego obce, a zarazem parzyły go, jak rozgrzane żelazo, raniące serce na wskroś. '' Ale co ja właściwie powinienem zrobić? '' - Sidney wciąż szukał w głowie odpowiedzi na to dręczące go pytanie. '' Może powinienem poszukać gdzieś indziej?'' - pytał samego siebie. '' Poszukaj w sercu '', szepnął mu cichy głosik do ucha. Obrócił się gwałtownie, zdenerwowany. '' Boże, co się ze mną dzieje? To chyba jakaś paranoja...'' - zdał sobie sprawę, że ten głos wydobywał się z niego. Starał się tym nie przejmować;
Powoli dochodził do skraju lasu. Widział już przed sobą szkolne błonia. Musiało być już dobrze po ósmej, bo słońce było dosyć wysoko. W oddali widział gdzieniegdzie spacerujących kolegów i koleżanki. Gdyby tylko on mógł, tak, jak oni nie przejmować się tragizmem dzisiejszego dnia... Zebrał w sobie resztki odwagi i pomaszerował przez dziedziniec. Ktoś go wołał, aby podszedł, ale Sidney nie zwracał na to uwagi. Dopiero po chwili, gdy był już w połowie drogi z lasu do szkoły zorientował się, że ten ktoś wykrzyczał imię Ray'a. Poczuł gwałtowny ścisk w żołądku, odwrócił się, jak na wezwanie i szybkim, lecz chwiejnym krokiem podszedł do Muray'a. Też był w siódmej klasie, ale należał do Ravenclavu. Dopiero z bliska Sidney zauważył, że na twarzy kolegi maluje się strach.
- Sid, gdzie ty byłeś, szukam cię - Muray był wyraźnie poddenerwowany.
- Tak? Ciekawy masz sposób szukania, stojąc pod tym drzewem. Może myślałeś, że jestem w środku? - Powiedział Sidney może mniej grzecznie niż chciał, więc zaraz go przeprosił.
- Nie szkodzi. Ray mi opowiadał, że od wczoraj jesteś jakiś '' z Marsa''. Nieważne. Chodzi mi o to, że on też dziwnie się zachowywał i zaraz po śniadaniu zniknął gdzieś bez śladu. Nie martwiło by mnie to, gdyby nie fakt, że wspomniał też o jakichś snach, ale mówił o nich, jakby był skonfundowany. Boję się, żeby się nic nie stało.
Sidney, gdy tylko to usłyszał, odwrócił się i nie zważając na zdziwionego Muray'a pobiegł czym prędzej do zamku. Przeskoczył dwoma susami schody przed dębowymi drzwiami, wiodącymi do drzwi wejściowych, a następnie pobiegł skrótami na siódme piętro. Gdy wszedł do Pokoju Wspólnego, zastał tam tylko dwóch gryfonów z drugiej klasy, grających w szachy czarodziejów. Skierował się więc w stronę dormitorium. Gdy pokonał stopnie do niego wiodące i z impetem otworzył drzwi, prześwietlił wzrokiem całe pomieszczenie. Po paru sekundach zdał sobie sprawę, że coś jest nie tak. Pościel Ray'a była rozrzucona, a na łóżku znajdował się mały zwitek pergaminu. Rozgorączkowany Sidney szybko podszedł do łóżka i wziął kartkę do ręki:
'' Wszystko wiem, nie chciałem cię tym obarczać. Zrozum.''
Serce tłukło się w piersi Sidney'a, jak jeszcze nigdy wcześniej. Myślał gorączkowo, jak odnaleźć przyjaciela. '' Żywego lub...'' - to słowo nie mogło mu przejść przez gardło. Przełknął ślinę, spojrzał w okno, jakby poszukując tam odpowiedzi na dręczące go pytanie. Wiedział, że toczy walkę z nieubłaganym czasem;
Nie mógł nic wymyślić, nie pamiętał nawet zaklęcia, które pomogłoby mu zlokalizować Ray'a. postanowił pójść do biblioteki.
Pędząc przez zalane słońcem korytarze w duchu błogosławił pogodę, dzięki której wszyscy powychodzili z zamku. Nie chciał się narażać na niepotrzebne pytania. W przeciągu pięciu minut ( nigdy wcześniej nie zajęło mu to tak mało czasu) dotarł wreszcie zasapany do celu. przy wejściu zastała go pani Darling, szkolna bibliotekarka. Obrzuciła tylko Gryfona uważnym spojrzeniem znad swoich grubych okularów, nic przy tym nie mówiąc. Nie była zbyt natarczywą kobietą.
Sidney podszedł szybko do półki z zaklęciami i spomiędzy całego mnóstwa woluminów wyciągnął ten, którego tak szukał. Zajęło mu to jednak parę dobrych minut.
PRAKTYCZNE ZAKLĘCIA I ICH PRAKTYCZNE ZASTOSOWANIE
Otworzył na spisie treści. Szukał... szukał... mijały cenne minuty...
- Mam! - Krzyknął, zapominając, gdzie jest. Ugryzł się w jezyk. - '' Co zrobić, gdy chcesz kogoś odszukać? Str. 122 '' - Przeczytał pod nosem.
Otworzył szybko na podanej stronie.
FUAND - zaklęcie często używane do zlokalizowania jakiejś rzeczy, miejsca lub osoby. Ze względu na niebezpieczne aspekty tegoż czaru nie jest on traktowany, jako obowiązkowy w nauce szkolnej ''.
Sidney zamknął szybko książkę, nie odkładając jej z powrotem na półkę. Wymknął się szybko z biblioteki i oddalił się na bezpieczną odległość.
- Fuand! - powiedział stanowczo. Nic się nie wydarzyło. Chłopak zrozpaczony spróbował jeszcze raz. Tym razem poczuł jednak, że w jego głowie zaczął się malować obraz. Zamknął oczy...
Najpierw zobaczył jakiś długi korytarz, który stawał sie wyraźniejszy i wyraźniejszy. Po chwili mógł już dostrzec posągi czarownic po jego bokach i coraz bardziej, ku swemu przerażeniu, dochodził do wniosku, że kompletnie nie wie, gdzie to jest. Jednak zaraz potem usłyszał głos, ten sam znajomy głos. '' Lochy, ściana za posągiem Dwugłowego Gargulca ''.
Otrząsnął się i z różdżką w pogotowiu pobiegł we wskazane miejsce. Gdy był już w Sali Wejściowej, usłyszał nagle czyjś głos. Rozejrzał się dookoła i zobaczył Prawie Bezgłowego Nicka.
- Na twoim miejscu nie szedł bym tam. Jeszcze cię o coś posądzą.
- O... o co? - Spytał z lękiem Gryfon.
- Nie wiem. Nie chcę o tym myśleć. - Nick poszybował w odwrotną stronę. Sidney patrzył za nim, dopóki nie przeniknął przez ścianę do Wielkiej Sali. Nagle przypomniał sobie, co ma zrobić, a przerażenie, jakie mu towarzyszyło od rana, wróciło ze zdwojoną mocą.
Wbiegł do lochów, przeciął pierwszy korytarz i skręcił w lewo. Minął gabinet nauczyciela Eliksirów, profesora Malfoy'a, skręcił jeszcze w słabo oświetlony martwym blaskiem pochodni korytarz po prawej stronie. Podbiegł do posągu Dwugłowego Gargulca i obszedł go, stając twarzą do ściany. Zauważył, że jest w niej pionowa szpara, wysokości około pięciu stóp. Instynktownie przyłożył do niej rękę, a ona nagle rozszerzyła się wystarczająco, by mógł przejść.
|
|
|
04-25-2009, 16:08
|
#4
|
|
Member
Zarejestrowany: Apr 2009
Posty: 81
|
Rzeczywiście znajdował się teraz w długim pomieszczeniu - takim samym, jakie widział. Był to wysoki pokój. Na środku znajdowała się szafa, zwykła drewniana szafa, a za nią, pod przeciwległą ścianą piętrzyły się różne dziwne, obce Sidney'owi magiczne przedmioty. Po chwili, zza najbliższego posągu, przedstawiającego sędziwego czarodzieja z różdżką w ręku, wyszedł Ray. Sidney spojrzał na niego, ale natychmiast musiał zatkać usta rękami, żeby nie krzyknąć. Ray był PRZEŹROCZYSTY. Był duchem.
- Wiedziałem, że przyjdziesz. - Podszedł do niego ze smutkiem. - Liczyłem, że jakoś uda ci się znaleźć ten stary, ukryty pokój.
- Co ty zrobiłeś!? - Sidney nie wierzył własnym oczom. - Skąd... s- skąd ty... wiedziałeś!?
- To było całkiem proste. - Stwierdził duch. - Poszedłem za tobą do Zakazanego Lasu. Słyszałem twoją rozmowę z Harrym Potterem. Reszty już sam powinieneś się domyśleć. Nie martw się. - Dodał, widząc, że jego przyjaciel z trudem powstrzymuje łzy. - Przecież ktoś to musiał zrobić. Nie chciałem cię tym obarczać.
- Ale to... to przecież kompletnie nie... nie ma sensu!
- Ma... - Wskazał na posąg koło siebie. Po chwili wyszedł zza niego przeźroczysty Harry.
- A więc dotarłeś. - Rzekł z uśmiechem. - Czekaliśmy.
- Ale... jak się tu znaleźliście?
- To nie było takie trudne. Pokierowałem podświadomie Ray'a w to miejsce. Coś w rodzaju zaklęcia Imperius. Powiedziałem mu, o co chodzi, poprosiłem, żeby zaczekał, ale on miał już plan. Przyznam, nie spodziewałem się po nim takiego męstwa.
- Ty... ty się zabiłeś? - Szepnął zrozpaczony Sidney do stojącego przed nim przyjaciela.
- Powtarzam. Ktoś musiał to zrobić. - Stwierdził dobitnie z powagą na twarzy. - Wiedziałem, co zrobię już od momentu, jak was podsłuchiwałem w lesie. To było jasne. Nie chciałem, byś miał wyrzuty sumienia.
Harry się wtrącił.
- Ray, zabijając się sam, dał ci dowód prawdziwej przyjaźni. Naprawdę, cieszę się, że w Hogwarcie zostały jeszcze takie osoby. Jestem z was dumny.
Sidney słuchał tego ze łzami na twarzy, których nie mógł powstrzymać. Naprawdę cierpiał z powodu tego, co się stało, ale ich słowa powoli dodawały mu otuchy, rozbudzały w nim nadzieję. Może ta śmierć rzeczywiście miała sens...
- Musisz wiedzieć, że nic nie dzieje się bez przyczyny. - Rzekł Harry, jakby czytając w jego myślach. - Ray musiał umrzeć.
Mówiąc to wyciągnął z kieszeni kamień wskrzeszenia. Sidney i Ray bacznie go obserwowali. Rzucił go na marmurową posadzkę i zawołał.
- Mamo! Tato!
Z kamienia począł wydobywać się dym z którego uformowały się dwa przeźroczyste ciała ludzkie. Kobieta, około dwudziestu lat i mężczyzna, niezwykle podobny do Harry'ego.
- To moi rodzice. -Harry wskazał na nich ręką. - Mają wam coś do powiedzenia.
- Dzień dobry. - Powiedziała Lily. - Jesteśmy tu, by przekazać wam tajemnicę, która pomoże wam zrozumieć.
- Sidney, miałeś sny, prawda? - Spytał James Potter. Odpowiedziało mu kiwnięcie głową zdziwionego chłopaka. - Te sny, to nasza zasługa. Musisz wiedzieć, że Ray był i nadal jest chłopcem niezwykłym, podobnie, jak ty. Jesteście bardzo mocno ze sobą złączeni więzami przyjaźni. A to jest dla nas bardzo ważne. Najważniejsze. Wystawiliśmy was na próbę. Chcieliśmy sprawdzić, czy jesteście warci, by przyjąć was do naszego Zakonu. Oczywiście nie walczymy już przeciwko nikomu, Voldemort upadł dawno temu, ale nadal jesteśmy razem, tak, jak byliśmy razem tu, na Ziemi. Nie chcemy, by pamięć o nas zaginęła, nie chcemy, by ludzie zapomnieli o tym, jak dzielni czarodzieje walczyli kiedyś o to, by teraz panował w naszym świecie pokój.Nie chodzi mi głównie o nas - wskazał na Lily i siebie - chodzi mi o wiele młodszych ludzi, takich jak wy, którzy już wtedy musieli wybierać między tym, co dobre i tym, co łatwe. I to właśnie na was spoczywa to zadanie, aby pamiętać o tych, którzy zginęli. Ci ludzie, których wiedziałeś w kościele - spojrzał w kierunku Sidney'a - w swoim śnie, to byliśmy właśnie my - cały Zakon Feniksa od początku jego istnienia. Wszyscy jego członkowie, którzy oddali życie. Nie jesteście pierwszymi, którzy będą musieli zmierzyć się z tym zadaniem. Zostaną również nimi ci, których, podobnie, jak was, łączą silne więzy. To właśnie takie więzy pomogły nam kiedyś pokonać siły ciemności. Dzięki wam pamięć o Zakonie nigdy nie zniknie. Wy dzisiaj udowodniliście, że w pełni na to zasługujecie. Ray w geście bohaterstwa oddał życie, a ty, Sid, byłeś posłuszny przeznaczeniu i Harry'emu aż do końca. Zasługujecie na to, by wstąpić do Zakonu Feniksa i walczyć, jeśli kiedyś będzie to konieczne.
James skończył mówić. Ray i Harry patrzyli na nich ze skupieniem. Na twarzy Sidney'a łzy już zdążyły wyschnąć. Ich miejsce zajęło zdumienie, pomieszane z radością. Nie wierzył własnym uszom. Zakon Feniksa, legendarny Zakon Feniksa...
James i Lily rozpłynęli sie w powietrzu. Odezwał sie Harry.
- Teraz muszę zabrać ze sobą Ray'a, ale tak naprawdę on zawsze będzie z tobą. Pamiętaj;
Tak, to prawda. Człowiek, który bezinteresownie oddaje życie w imię większego dobra, nigdy tak naprawdę nas nie opuszcza. Odchodzi tylko dlatego, by być jeszcze bliżej nas, by być W NAS. By być światłem, które wskaże nam drogę, gdy tylko tego będziemy potrzebować i gdy spojrzymy w siebie... w swoje serce. Bo tak naprawdę wszyscy jesteśmy bohaterami;
Tak, to o to chodziło. W imię większego dobra.
Koniec.
|
|
|
Zasady postowania
|
You may not post new threads
You may not post replies
You may not post attachments
You may not edit your posts
kod HTML jest Wył.
|
|
|
Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 07:34.
|
|