|
12-22-2011, 23:21
|
#1
|
|
Fan "Strefy 11" i tarota
Zarejestrowany: Oct 2009
Posty: 54
|
James Potter - Ostatnia Szansa - Rozdział X
//Witam, ponieważ pewnego pięknego dnia, okazało się, że nie mogę dodać kolejnego rozdziału, gdyż... nie ma wątku o Jamesie (ktoś z "dowództwa" niechcący usunął temat...), zaniechałam pisania. Stwierdziłam, że wstawianie od początku rozdziałów jest bez sensu. Teraz jednak zmieniłam zdanie. Dla tych, którzy pamiętają - małe przypomnienie. A dla nowych - kolejny FF Jamesie Potterze i jego Ostatniej Szansie. Na co? Przekonacie się czytając. Zapraszam.
mooll
ROZDZIAŁ I
Nie mógł w to uwierzyć. Zdecydowanie. On rósł w siłę. Ten cały Tom Riddle, zarozumialec, który postanowił zmienić image tylko dlatego, że imię "Tom" nosiło sporo ludzi. Nie przyjmował do wiadomości, że to taka wada wrodzona imion. Wszyscy to wiedzieli. Ale on musiał być całym "Lordem Voldesrortem". Nikt specjalnie nie obawiał się, że to skończy się jakimś kataklizmem. Czubek jakich wielu. Tymczasem zaczynały się pojawiać pierwsze ofiary tego świra. Jeden mugol. Bogu ducha winny. No i jedna czarownica z Ministerstwa Magii. No, człowiek mierzył wysoko...
James Potter zmarszczył wysokie czoło i pokręcił z niedowierzaniem głową. Właśnie wpadł mu w ręce cieplutki jeszcze egzemplarz "Proroka Codziennego". Pierwsze strony zawierające krótkie noty, ale za to okraszone sporym komentarzem i rzucającym się w oczy tytułem, nie dały mu zjeść do końca płatków na mleku.
W kuchni pojawiła się jego mama.
- Gotowy na wielki dzień, Słoneczko? - zapytała na dzień dobry, uśmiechając się promiennie.
- Jak co rok, mamo - odparł beznamiętnym głosem, nie patrząc na nią.
Zaniepokoiła się widocznie. Jej syn, radosny, pełny energii na spotkanie z nowym rokiem w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart, teraz wydawał się przygaszony. To w ogóle nie leżało w jego naturze.
- Wszystko w porządku, Skarbie? - spojrzała na niego zatroskana.
James westchnął ciężko i podsunął jej gazetę.
- O, nie... - wyrwało się jej. Spojrzała na syna. Bała się o niego. Lecz on, jakby czytał w jej myślach. W końcu matki mają dość podobne myślenie zbliżone do stereotypu.
- Jestem zdruzgotany tymi informacjami, ale jeśli chodzi o mnie, to Hogwart jest chyba jeden z niewielu najbezpieczniejszych miejsc, jakie mogłabyś sobie wymarzyć. - Popatrzył na nią w sposób, który dodał jej pewności, iż to co mówił było prawdą. Miał ten dar przekonywania, nie ma co!
__________________
Kiedy kobieta nie ma racji, pierwszą rzeczą, jaką należy zrobić, to natychmiast ją przeprosić.
Oscar Wilde
Ostatnio edytowane przez mooll : 12-26-2011 o 12:17.
|
|
|
12-22-2011, 23:23
|
#2
|
|
Fan "Strefy 11" i tarota
Zarejestrowany: Oct 2009
Posty: 54
|
James Potter - Ostatnia Szansa - Rozdział I (2)
Stał na peronie 9 i 10. Z rodzicami nadmuchanymi od dumy z syna. On sam żałował, że nie ma brata. Przykładowo dobrym materiałem na brata mógł być Syriusz Black, jednak nawet gdyby stanął na rzęsach nie udałoby mu się wygrzebać w genealogii żadnego pokrewieństwa między nimi. A szkoda.
Rozglądnął się. Nikogo znajomego. Czas więc śmigać wózkiem w słup. Zabrzmiało to idiotycznie. A przecież tak właśnie wyglądało przedostanie się na peron 9 i 3/4: Trzeba było z rozpędem "wpaść na słup" i przenosiło się na niewidoczny dla mugoli peron.
Jego rodzice zazwyczaj przechodzili razem z nim, ale tym razem zdecydowali, że "to już ostatni raz" i tak naprawdę trzeba dać chłopakowi możliwość dojrzenia. W końcu kiedyś musi dorosnąć.
"Przede mną cały rok prób przekonania Lily...", pomyślał James. Nie był zachwycony. To ostatnia szansa. W przyszłym roku już nie będzie miał okazji. Czekał go ostatni rok nauki w Hogwarcie. Jeszcze się z tym nie pogodził, ale kiedyś będzie musiał. Ostatni raz quidditch, lekcje, Dumbledore, Snape, przydatność mapy Hogwartu, pysznych posiłków w Wielkiej Sali i ostatni rok spania w swoim łóżku z kolumienkami w dormitorium dla chłopców.
Wziął głęboki oddech. Jest początek, a nie koniec roku! Potter był raczej optymistą. Zauważył, że Syriusz do niego macha i nawołuje z jednego z okien pociągu. Dał znak, że już idzie i potoczył swój kufer wraz z klatką i jego sową, Błyskotką.
Sowa była niewielkich rozmiarów, dlatego wymagała imienia zdrobnionego. A ponieważ na topie był teraz model miotły "Błyskawica", nazwał sówkę Błyskotką.
Wtoczył się niezgrabnie to przedziału. Była tam już cała banda Huncwotów.
- Rogaczu, coś dziś kondycyjnie z tobą nie bardzo...? - odezwał się Black, patrząc jak James męczy się z kufrem.
- Daj spokój. Dziś po prostu rodzice zdecydowali, że mam dorosnąć i pozostawili na pastwę losu - wysapał. - A jak wakacje?
- Miałem niesamowitą przygodę nad jeziorem... - zaczął Syriusz. Od roku nie mieszkał z rodzicami; uciekł od nich, gdyż byli rodem, który opowiedział się po stronie Voldemorta. Był więc zdany na samego siebie. Wuj mu co prawda zapewnił byt, zostawiając konkretny grosz na utrzymanie, ale to mu przecież rodziny nie zastąpi. Tymczasem on jedyny z całej paczki mógł robić co chciał i przygody mieć co dziennie. Tego mu zazdrościli. Zdecydowanie. - Spałem pod namiotem...
Ale James się wyłączył. Zobaczył ją. Stała przepędzając pierwszorocznych i wykrzykując jakieś ostrzeżenia za nimi. Lily Evans: prefekt naczelny Gryffindoru, najlepsza uczennica w Hogwacie na dzień dzisiejszy, piękność o ciemnorudych włosach i ślicznych zielonych oczach, nieskazitelnej figurze i tym magnesem, który odczuwał, ilekroć ją dostrzegał. Generalnie po uszy kochał się w tej Gryfonce od pierwszego roku. Ta jednak zawsze nim gardziła. Nie wiedział, jak długo każe mu czekać. Coś mu mówiło, że jakoś on ją też pociąga. Jednak nie widział tego potwierdzenia w jej zachowaniu. Kto się czubi, ten się lubi, ot - cała prawda o pani prefekt.
Lily stała teraz w towarzystwie swoich dwóch przyjaciółek: Dorcas i Danielle, które były absolutnie nierozłącznie. Taki trochę żeński odpowiednik Huncwotów - Kujonek. Uśmiechnął się na tę myśl. A jednak znów gorzko zrobiło mu się z żołądku: co zrobić, żeby się wreszcie zgodziła z nim umówić?! W tym roku był w stanie wiele zrobić, by to osiągnąć, tylko nie wiedział, co takiego byłoby skuteczne.
Otworzył drzwi przedziału. Mruknąwszy coś na temat toalety, wyszedł na korytarz niezauważony przez dziewczyny. Stanął tyłem do nich, udając, że szuka czegoś, co zgubił na podłodze. I wtedy usłyszał fragment rozmowy...
- ...wisz się? Ja się nie dziwię kobiecie! Zachowywałabym się dokładnie jak ona! - poznał głos Danielle. Z niej była cicha woda: imię jak dla zwiewnej, lekkiej i delikatnej istoty. Tymczasem była to korpulentna dziewczyna o kruczoczarnych włosach, zabójczym (wręcz dosłownie) spojrzeniu i na pewno nie należała do tych delikatnych.
- Nie chodzi o to, czy się jej dziwię, czy nie. - To była Dorcas. Nie lubiła kłótni, była raczej spokojną blondynką o przeciętnej urodzie. - Tylko pytam, czy JAKBY nagle stał się inny, to by to coś zmieniło.
Lily uśmiechnęła się, widać, bardziej do siebie niż do dziewczyn, zobaczył to kątem oka. O kim one mówią?
- Potter się nie zmieni, Dor - powiedziała spokojnie aksamitnym głosem.
James zadrżał. Z jednej strony pod wpływem dźwięku jaki miał głos Lily, ale z drugiej - mówiły o nim! Wytężył jeszcze bardziej słuch, dziękując w duchu, że na korytarzu jest taki ruch i nikt nie zwraca na niego uwagi.
- No, ale skoro chcesz, bardzo proszę: wyobrażę sobie, że jest inaczej... - odezwała się Lily, po czym westchnęła - Jest bardzo przystojny, utalentowany, ale wykorzystuje to fatalnie, znęcając się nad Severusem...
- Och, daj już mu spokój! - przerwała jej Danielle. - Chcesz o nim rozprawiać?
- Wiesz, że mu nie wybaczę tej... "szlamy", choćby nie wiem co zrobił... - Jej początkowo wojowniczy i butny ton głosu zmienił się w szept - ... on tak pomyślał...
- Lil. Nie zmieniaj tematu! - przykazała surowo Danielle.
- Oj... Potter jest zarozumiałym dupkiem. Obie to wiecie. Po co tworzyć fikcję? - usłyszał głos Lily, który był lekko poirytowany. - No musiałby zmienić się diametralnie. Miły, ale nie arogancki, bez tych jego dennych hasełek:"Umów się ze mną, bo wiem, że na mnie lecisz", które mają sprawiać, że jest lepszy niż jest. Musiałby przestać dokuczać i płatać figle innym. Snape'owi też. Poczucie humoru, to przecież nie psikusy, które bawią tylko wykonawców. No, a poza tym miły i uczynny. Jakby do tego był sobą, Jamesem, który wreszcie dorósł, a nie popisującym się smarkaczem... to bym miała duży problem z posłaniem go do wszystkich diabłów, jak robię to teraz prawie zawsze, kiedy go spotkam...
Reszta słów utonęła w salwie śmiechu i rechotu dziewczyn. James zamrugał. Wciąż kucał w tym samym miejscu w lekkim oddaleniu od nich. Powoli wstał i zawrócił do swojego przedziału. Teraz musiał to wszystko przemyśleć na spokojnie. Czyżby Lily wymagała niemożliwego? Miał zmienić się o sto osiemdziesiąt stopni. Była taka śliczna i mądra... Czy byłoby go stać na coś podobnego? Żadnych dowcipów, tego co kochał robić z resztą Huncwotów. Krew odpływała mu z twarzy, zbladł nieco i spoważniał w zamyśleniu, rozważając kolejność zmian (bo dokonanie zmian na raz mogło się wiązać z problemami natury psychicznej, niepokojem kolegów i mogło się okazać po prostu niewykonalne). Wówczas tuż przed wejściem do swojego przedziału natknął się na patrolującą panią prefekt. Obrzuciła do spojrzeniem pełnym pogardy, który szybko zmienił się w zdziwienie na widok ścigającego Gryfonów*.
- Cześć, Lily - powiedział spokojnie Potter, ledwie ją dostrzegając przez zamglony wzrok. Zapomniał nawet przeczesać palcami włosów, co w jego mniemaniu (albo w mniemaniu jego dawnej osobowości) było niedopuszczalnym błędem.
- Eee... - wyjąkała zaskoczona sytuacją. Potter w takim stanie, to Potter chory, albo pod Imperiusem. Ta sytuacja zdecydowanie ją przerosła, choć zdarzało się jej to bardzo rzadko. - Cześć...
Zanim zdążył wejść do przedziału, dostrzegł jeszcze jej twarz w wyrazie szczerego zdumienia, zakłopotania, ale i czegoś co mówiło mu, że może na to właśnie zawsze czekała. Na tę jego metamorfozę. Mimo, że wydawało się, iż graniczy z cudem.
Nie zrobił praktycznie niczego, a już samo przemilczenie pewnych tekstów i odpuszczenie sobie tanich zagrywek przyniosło plon. Chyba będzie musiał się bardzo poświęcać w tym roku. Oby tylko miało to sens...
_____________________
* - J.K. Rowling podobno ujawniła w jednym z wywiadów, że James Potter był jednak Ścigającym, mimo, iż kreowano go jako Szukającego.
__________________
Kiedy kobieta nie ma racji, pierwszą rzeczą, jaką należy zrobić, to natychmiast ją przeprosić.
Oscar Wilde
|
|
|
12-23-2011, 07:51
|
#3
|
|
Fan "Strefy 11" i tarota
Zarejestrowany: Oct 2009
Posty: 54
|
James Potter - Ostatnia Szansa - Rozdział II (1)
ROZDZIAŁ II
Kiedy James, Syriusz, Remus i Peter jechali w ekspresie hogwarckim i zawzięcie dyskutowali na temat swojej niedalekiej przyszłości, w pewnym opuszczonym domu na skraju Londynu ktoś głośno zaklął.
Ciemna postać w długim płaszczu z impetem kopnęła polano, które wylądowało z hukiem w samym środku rozpalonego kominka, aż buchnęły iskry.
- Czyli to prawda? - Dźwięk głosu ciemnej postaci brzmiał jak syk, który wydają węże. - Przepowiednia mówi o mojej zagładzie...? Co wy na to, panowie?
W pomieszczeniu znajdowały się jeszcze trzy osoby. One również miały na sobie ciemne i długie płaszcze. Ciemna postać westchnęła ceremonialnie, wciąż wpatrując się w kominek, który był jedynym źródłem światła w tym pokoju. Ewidentnie była tu głównodowodzącym, a pozostała trójka czuła przed nią ogromny respekt.
- No dobrze. - Osoba, która przedtem agresywnie cisnęła kawałek drewna do kominka, teraz wydawała się opanowana. - Wszystko fajnie. Przepowiednia przepowiednią, ale nie od dziś wiadomo, że znając ją, można uniknąć tego..."przeznaczenia", niszcząc przyczynę zanim będzie miała szansę ze mną walczyć.
Pogarda w jego głosie zdawała się wręcz chłodzić powietrze. A ten spokój w jego głosie zwiastował nadchodzącą burzę.
- Ale jak, do ciężkiej cholery, ma mnie zgładzić półtoraroczny bachor?! - wrzasnął, nie panując już nad sobą. Dyszał ciężko. Widać, że oczekiwał godniejszego przeciwnika.
- Mój Panie, nie musisz wierzyć przepowiedni. Ona się spełni jeśli w nią uwierzysz. - Głos jednej z osób był niski, przeciągły, i bardzo cichy.
- Robisz ze mnie durnia, Snape?! - Ciężko dysząc, mężczyzna odwrócił się gwałtownie w stronę trzech postaci, rzucając im pełne wściekłości spojrzenia.
- Ależ to prawda, Panie mój... Nie śmiałbym żartować... - W głosie Snape'a dało się wyczuć lęk i drżenie.
- To jest przepowiednia, Severusie. - Głos Czarnego Pana zdawał się być teraz nienaturalnie spokojny i wręcz dobrotliwy, jakby tłumaczył małemu dziecku.
- Ale jest na to sposób... - odezwała się postać, stojąca w środku. Był nim mężczyzna niższy od Snape'a o nieprzyjemnym głosie przypominającym warkot silnika. - W końcu to dziecko. A z Tobą, Panie boją się stawać do walki najlepsi z najlepszych... dorosłych.
- Lord Voldemort, to dziś postrach wszystkich... - Czarny Pan potarł dłonią policzek, jakby sprawdzał jakość maszynki do golenia. - Pozbędę się dzieciaka, zanim będzie mógł mi zrobić krzywdę... to tylko smarkacz.
Teraz uśmiech pojawił się na twarzy Voldemorta. A był to uśmiech pełen zła i okrucieństwa. Atmosfera w pomieszczeniu przerzedziła się nieco. Wszyscy usiedli przy stole. Wiedzieli, że teraz muszą wytężyć wszystkie swoje zmysły, bo Czarny Pan będzie od nich wymagał kreatywności.
- Panie... - głos wydobyła z siebie postać dotychczas milcząca. Była niewielkiego wzrostu ale za to korpulentna. - Nie powiedziałeś nam jeszcze czyje to dziecko będzie... Wiesz kto to?
- Ach, Nott. - Voldemort odchylił się na swoim krześle, a snop światła pochodzący z kominka padł na jego nienaturalnie bladą twarz i małe, wąskie oczy. Powoli się uśmiechnął półgębkiem - To ktoś, kogo doskonale znacie!
__________________
Kiedy kobieta nie ma racji, pierwszą rzeczą, jaką należy zrobić, to natychmiast ją przeprosić.
Oscar Wilde
|
|
|
12-23-2011, 07:52
|
#4
|
|
Fan "Strefy 11" i tarota
Zarejestrowany: Oct 2009
Posty: 54
|
James Potter - Ostatnia Szansa - Rozdział II (2)
Czekali.
- To Potter - powiedział Voldemort tonem tak naturalnym, jakby mieli się tego spodziewać. A nie spodziewali się. Snape zakrztusił się wyimaginowanym płynem (a może to była ślina), a Nott zaczął przyglądać się blatowi stołu, jakby był najbardziej interesującą rzeczą w tym momencie. Trzecia postać zdawała się nie oddychać.
Voldemort popatrzył na nich zdumiony.
- Panowie, przecież go znacie. Tym łatwiej będzie wymyślić odpowiedni plan. Mylę się?
Po chwili ciszy, odezwała się postać stojąca uprzednia w środku.
- Czy masz może jakiś? Albo jego zarys, Panie?
W tym momencie usłyszeli cichy szelest. Coś sunęło po podłodze. Voldemort wydawał się tego nie dostrzegać, zatopiony w rozmyślaniach. Nagle oczom chłopaków ukazała się sporych rozmiarów głowa węża. Czarny Pan spojrzał na nią jakby od niechcenia.
- Nagini, moja droga, cóż byś ty nam zaproponowała? - Wydawał się rozbawiony całą sytuacją. - Co mam zrobić z tym chłopakiem?
Drugie zdanie wysyczał niczym wąż. Być może nie zauważył, że jego jeszcze-niedoszli-śmierciożercy lekko się wzdrygnęli na dźwięk tego języka.
- Avery - zwrócił się do trzeciej osoby tonem, jakim wydaje się rozkazy.
- Tak, Panie? - Avery struchlał.
- Jesteście nowi... Czas, byście się czymś wykazali... Za dobrze wykonaną robotę staniecie się oficjalnie moimi śmierciożercami i zostanie wam na przedramieniu wypalony mroczny znak. Jest to poważne zadanie - kontynuował Voldemort, delektując się dotykiem swojej przyjaciółki, Nagini i głaszcząc ją delikatnie swoimi długimi, bladymi palcami. - Sami widzicie, ile od jego powodzenia zależy... Jednak mam nadzieję, że nie poznacie konsekwencji porażki, którą moglibyście splamić moją opinię o was...
- Zatem co mamy zrobić? - spytał Avery.
- Znajdźcie mi kogoś bliskiego Potterowi... ale niech to będzie osoba, która go dobrze zna i jest w bliskiej z nim zażyłości... Taki Black - rozmarzył się Voldemort - byłby idealny. Ale, już wasza w tym głowa, kto to będzie. Na raport czekam za miesiąc. Tyle macie czasu.
- Czy moglibyśmy bliżej poznać ten plan, Panie? - zapytał Snape.
- Z jednej strony, nie powinienem wam jeszcze na tyle ufać. Ale myślę, że mogę wam powiedzieć. Nawet gdyby coś nie poszło po mojej myśli, plan i tak będzie mógł przebiec bez zastrzeżeń... - Na tę myśl Czarny Pan znów się uśmiechnął w sposób, który mówił jak wiele przyjemności dostarcza mu sprawianie bólu. - Potter będzie miał syna. To jego pozbędę się, jak tylko dowiem się gdzie przebywa. To musi być najpóźniej ostatniego października. Po urodzinach Pottera juniora. A dowiem się tego dzięki informatorowi, którego dla mnie zdobędziecie. Przekupcie go czym chcecie. Nie obchodzi mnie, jak to załatwicie. Zadanie ma być wykonane.
- Tak jest - odpowiedział Nott w imieniu całek trójki.
- No, a teraz się zrelaksuję - rzekł Voldemort. - Wam przygotowałem świstoklik. Prowadzi do Hogsmeade. Stamtąd wiecie już jak się dostać do Hogwartu.
Trzy postacie wstały niemal równocześnie i podążyły za chudym palcem Voldemorta, który wskazywał na mały budzik. Snape, Nott i Avery spojrzeli po sobie, jednocześnie dotknęli świtoklik i zniknęli z pola widzenia Czarnego Pana.
- Proste plany są zawsze najlepsze, kochana... - powiedział niby do siebie, niby do węża zadowolony Voldemort.
__________________
Kiedy kobieta nie ma racji, pierwszą rzeczą, jaką należy zrobić, to natychmiast ją przeprosić.
Oscar Wilde
|
|
|
12-23-2011, 08:00
|
#5
|
|
Fan "Strefy 11" i tarota
Zarejestrowany: Oct 2009
Posty: 54
|
James Potter - Ostatnia Szansa - Rozdział III (1)
ROZDZIAŁ III
- A niech to... - jęknął James Potter.
Stał trzy metry od niejakiego Severusa Snape'a, który pojawił się jakby spod ziemi. Akurat obok niego. Jak pech, to pech. Westchnął, ale zaraz poczuł swąd jakby palonych... włosów?
Obrócił się natychmiast w stronę Ślizgona. Ktoś musiał czarami podfajczyć mu jego tłuste kłaki. Poczuł satysfakcję i jednocześnie ukłucie zazdrości, że to nie on wpadł na ten pomysł. Smarkerus sobie zasłużył, nie ma co go żałować.
W tłumie uczniów dostrzegł trzech młodzieńców, którzy ledwo utrzymywali równowagę i podpierali się wzajemnie, gdyż śmiech odbierał im kontrolę nad ciałem. Huncwoci. We własnej osobie: Łapa, Lunatyk i Glizdogon. Rewelacyjnie się bawili. Tyle, że bez niego. Dlaczego? Czy coś się wydarzyło...?
Nie miał czasu myśleć nad tym, gdyż na horyzoncie zobaczył skrzywioną Evans, która zmierzała w jego stronę z wyciągniętą różdżką.
Masz ci los. Akurat, kiedy nie miałem z tym nic wspólnego, musi się tu zjawiać. Mam przekulne, to pewne jak dwa i dwa równa się...
- Potter! - warknęła, zbliżając się do Jamesa - Pewnie! Wszystko po staremu, co?
Ach, ta ironia. Wręcz wylewała się z niej. I do tego tak do niej nie pasowała...
- ...Yyy... że co? - bąknął głupio.
- Nie osłabiaj mnie - przewróciła oczami. - Ten numer był bardzo w twoim stylu.
- Ale... ja nie miałem z tym nic wspólnego! - bronił się jeszcze i na potwierdzenie tych słów zamachał wyciągniętymi rękoma w geście obronnym.
- Jak zawsze, nie? Minus dziesięć punktów dla Gryffindoru, Potter. Zaczynamy rok na debecie, co? - spytała jadowicie.
James tylko zmrużył orzechowe oczy i zacisnął tak mocno wargi, że pozostała z nich cienka linia. Gotował się. Był oszołomiony, zły i do tego piekielnie głodny, co go tylko nakręcało do dalszych zaczepek.
Miałem się zmieniać dla niej... no żeby z czasem! Po moim trupie! Skoro mnie tak osądza i ocenia, Potter pokaże jej już na co go stać..., pomyślał wściekły, Jeszcze mnie, baba, pożałuje... najpierw dam jej w kość. Tylko umiejętnie...
Nie myślał jeszcze o tym, że powinien powiedzieć coś kumplom. Na razie skrzętnie obmyślał plan: niech zobaczy w nim kogoś, w kim się zakocha. Sto procent, że gdzieś o tym pisała. Wszystkie dziewczyny piszą takie rzeczy. No, może najtrudniej mógł sobie w tej roli pisarskiej wyobrazić często ordynarną i gruboskórną Danielle, która chyba nie potrzebuje pamiętnikowego wsparcia. Już miał przed oczami swoją nocną wyprawę do dormitorium dziewczyn, a w głowie miał cały plan, gdy nagle coś przywołało go do rzeczywistości.
- James...! - Słodki sopran zadźwięczał mu w uszach. Zdziwił się, że szyby nie popękały. Odwrócił się, przełykając z trudem ślinę; Jeszcze jej mi tu na deser brakowało do całego tego szwindlu, pomyślał, po czym na głos odparł jedynie:
- Cześć. Wiesz, chłopaki czekają przy stoliku... Pogadamy później, co?
I z kopyta ruszył w stronę stołu Gryffindoru.
To była Monica Blanc. Blondi-Krukonka. Fatałaszki nosiła wyłącznie w kolorach lila, róż, pastele i błękity, a ulubionym zajęciem - prócz zagadywania Jamesa - było malowanie paznokci. To znaczy, był to wniosek huncwotów (ale, jak się okazało, nie tylko) po pobieżnych obserwacjach (dłuższe grożą Nie-Chcę-Wiedzieć-Czym). W końcu trzeba znaleźć czas na ich malowanie, zmienianie codziennie ich barw i deseni. A do tego wszystkiego była nieznośnie nachalna. Niestety James zdecydowanie był w jej typie i ona ewidentnie wzięła sobie do serca przekonanie go do swoich uczuć i do tego w jakiś sposób zmusić go do ich odwzajemnienia. Fantastyczny początek.
Zasapany i naburmuszony dopadł swoje miejsce między Lunatykiem i Łapą.
- Pięknie mnie urządziliście. Kumple! - prychnął jak rozjuszony kocur. - Żeby na mnie wszystko od razu zwalić. Ale o to - mniejsza. Największy żal, że sami sobie ze Smarkerusa robiliście jaja i to beze mnie!
Nałożył sobie kilka udek z kurczaka, urwał porządny kawał bułki i włożył go do ust. Przegryzł kurczakiem i popił sokiem z dyni. Do jego mózgu powoli docierały impulsy z żołądka i z wolna Potter zaczynał się uspokajać.
- Z Rogaczem zawsze ta sama śpiewka... - westchnął Lupin, ogryzając kostki. - Chłopie, naucz się, że zaczynasz mieć pretensje jak coś już zjesz. Nieznośny jesteś na głodniaka...
Huncwoci zarechotali. Potter znany był ze swojego porywczego charakteru, a już z pustym żołądkiem był bombą zegarową.
- Nie mogliśmy cię znaleźć z tym tłumie - powiedział trochę na przeprosiny, trochę jako wytłumaczenie Peter. - Nie wiadomo skąd pojawił się Snape. Nie wiedzieliśmy, że jesteś nieopodal. Potem dopiero...
__________________
Kiedy kobieta nie ma racji, pierwszą rzeczą, jaką należy zrobić, to natychmiast ją przeprosić.
Oscar Wilde
|
|
|
12-23-2011, 08:18
|
#6
|
|
Fan "Strefy 11" i tarota
Zarejestrowany: Oct 2009
Posty: 54
|
James Potter - Ostatnia Szansa - Rozdział III (2)
Na stole pojawiły się słodkości i desery. James rzucił się na koktajle owocowe z lodami i rurki z kremem. Ale nie tylko on. Wszyscy zdawali się pierwszy raz na oczy widzieć takie kulinarne cuda. Chociaż uczta była co roku taka sama.
- Ale z tym podpaleniem, to był mój pomysł - dumnie napuszył się Black. - Dobre to było, musicie przyznać.
- No, racja - przytaknął James, pakując sobie do ust całą muffinkę z jagodami. - Pozazdrościłem ci tego pomysłu. Powinniśmy spalić je do końca, bo on nie wie jak się powinno o nie dbać.
W sumie nie musiał tego mówić. Chciał pokazać chłopakom, jaki to on nie jest kreatywny, ale pożałował swoich słów. Nie wiedział dokładnie dlaczego złapały go wyrzuty. Może naprawdę dojrzewa!
- Stary, a już myślałem, że coś się z tobą porobiło... - Łapa wyraźnie odetchnął z ulgą i sięgnął po tartę z malinami.
James wyglądał jakby zobaczył trolla: oczy okrągłe ze zdziwienia, ale cały wyraz twarzy, jakby nieco zażenowany.
- Eee... co ty... Łapa... - wydusił w końcu, spoglądając na swój koktajl. Ale mimo zapewnień, coś kazało mu uspokoić się na czas całej uczty i przemilczeć ją.
Było to tak w jego wypadku nienaturalne, że Huncwoci raz po raz zerkali na niego i pytali czy wszystko gra. Coraz więcej uczniów zaczynało się mu dziwnie przypatrywać i z ukosa rzucać zdziwione spojrzenia. Nie ograniczyło się do stołu Gryfonów. Uwagę zaczęli zwracać też uczniowie z innych domów i szeptać. Trochę go to irytowało.
Spojrzał ukradkiem na Evans. Zajęta była rozmową z Danielle, co jakiś czas przerywaną chichotem. W pewnym momencie i ona zauważyła coś, co było wbrew naturze Pottera i spojrzała na niego ze zdziwieniem: był w końcu między gronem swoich kumpli i wielbicieli Takich-Jak-Oni-Żartów, a mimo to siedział w spokoju, nie popisywał się, nie naśmiewał, nie obrażał nikogo, nie używał różdżki do - jak on to nazywał - "zabawnych psikusów", nie wykrzykiwał do niej niczego i nie próbował być "cool", jak to miał w zwyczaju, mierzwiąc swoją czuprynę. I nie tylko jej coś tu nie pasowało.
Kiedy uczta dobiegła końca, wymęczeni tak sytym posiłkiem, udali się do swoich dormitoriów.
James pod powiekami czuł piach, miał ochotę już tylko iść spać. Nie rozmawiał z nikim, tylko po zdawkowym "...branoc", odprowadzany uważnymi spojrzeniami pewnymi niepokoju, schował się za zasłonkami swojego łóżka. Rano... wszystko powie, zrobi, ale dopiero rano. Ledwie zdążył o tym pomyśleć, zasnął kamiennym snem.
Obudził się z ciężką głową. Wiedział, że odwlekanie wytłumaczenia swojego zachowania kumplom dobiegło końca. Jeszcze chwilę bił się z myślami. Może powinien powiedzieć tylko Syriuszowi? Nie, lojalność, to lojalność: albo wszystkim, albo nikomu.
No i nie powiedział w końcu nikomu. Zwlókł się z łóżka. Czekała go masa zajęć, widział już plan. Zielarstwo idzie na pierwszy ogień, nie będzie źle.
Wciągnął bluzę i ubrał okulary.
- Panowie? - zapytał raźno pustą przestrzeń w dormitorium. Chciał sprawiać wrażenie wyspanego i nie mającego nic wspólnego z Potterem poprzedniego wieczoru.
- Rogaś... Coś się z Tobą dzieje... - zaczął ostrożnie Lupin, który siedział przy stoliku pod oknem i wpatrywał się w nie z jakimś niezrozumiałym zainteresowaniem. Po tych słowach jednak spojrzał wymownie na Jamesa.
- Daj spokój... Miałem ciężki dzień wczoraj - zaczął się tłumaczyć Potter. - Ale dziś już jest jak najbardziej po staremu!
Mimo jego gorliwych zapewnień, Remus przyglądał się mu z uwagą.
- James - zaczął po chwili dłuższego milczenia. - Wiesz, mnie to tam lotto, czy jesteś cwaniak, żartowniś i dusza towarzystwa, czy mruk, milczek i do tego bez poczucia humoru.
Rogacz stał zaskoczony nagłym wywodem przyjaciela. Lunatyk nigdy nie był specjalnie zaangażowany w jego żarty. Ponad to był prefektem, więc przydawał mu się jego spokój i opanowanie. Żadnemu huncwotowi nie odmówił udziału w jakimś żarcie, ale po prostu był z nich wszystkich najspokojniejszy i najcichszy. Do tego jeszcze James nie miał z nim takiego kontaktu, jakby chciał. Prędzej dogadał się z Syriuszem, który był jego nieodłącznym partnerem we wszystkim co robił.
- No i? - stęknął, nie wiedząc jak zareagować.
Lupin westchnął i popatrzył na niego wymownie.
- No i to, że to nie ma znaczenia. Zachowuj się jak chcesz. Ale po prostu kiedy nagle i do tego diametralnie zmieniasz swoje zachowanie, nie da się tego nie zauważyć. Musi być ku temu jakaś przyczyna. Wolimy z chłopakami, jak powiesz nam co się stało i tyle. Potem zachowuj się jak chcesz... Ale nie prowokuj nas do dowiadywania się na własną rękę. - Zabrzmiało to dziwnie w ustach Remusa. Był bardzo poważny.
Potter wciągnął powietrze do płuc i powoli je wypuścił.
- Niewiele mogę jeszcze powiedzieć - wydusił w końcu z trudem.
Przyjaciel spojrzał na niego pytająco.
- Powiem, kiedy będę mógł. Teraz musicie mieć do mnie cierpliwość. Chodzi o...
- Evans? - Zza środkowego łóżka wychyliła się kosmata głowa Blacka. Wyszczerzył się do nich. - No, chyba nie myśleliście, że będziecie sobie tu gawędzić bez nas, co?
James podniósł znacząco brew ku górze i spojrzał na Lupina.
- Gawędzić - powtórzył z powątpiewaniem w głosie.
- Ja myślę - usłyszeli sapanie Glizdogona - że trzeba Rogaczowi pozwolić działać. Wiecie jak on za nią łaził całe sześć lat. Niechże się mu uda w końcu.
Peter usiadł na środku pokoju i przeciągnął się.
- Dobra. Rób, co tam chcesz. - Łapa spojrzał poważnie na Rogacza. - Ale obiecaj tu uroczyście, że jak będziesz mógł, to nam powiesz wszystko. A do tego czasu my tolerujemy twoje dziwne zachowania.
- Uroczyście obiecuję - rzekł oficjalnym, poważnym tonem James - że gdy tylko będę mógł, powiem wam czemu zachowuję się tak, a nie inaczej. Lily jest dla mnie bardzo ważna... - Ostatnie zdanie wypowiedział bardzo cicho.
Pozostali spojrzeli po sobie, ale nie skomentowali tego w ogóle, by nie spłoszyć Rogasia. Ten jednak szybko się otrząsnął i powiedział już swoim dawnym tonem:
- Śniadanie, towarzysze!
Reszta uśmiechnęła się do siebie i zbiegła na dół do Wielkiej Sali.
James wchodził jako ostatni. Już miał plan, ale obawiał się chęci uczestnictwa w nim kumpli. A na to nie mógł pozwolić. Bo zamierzał zrobić to dziś w nocy...
__________________
Kiedy kobieta nie ma racji, pierwszą rzeczą, jaką należy zrobić, to natychmiast ją przeprosić.
Oscar Wilde
|
|
|
12-23-2011, 21:40
|
#7
|
|
Fan "Strefy 11" i tarota
Zarejestrowany: Oct 2009
Posty: 54
|
James Potter - Ostatnia Szansa - Rozdział IV (1)
ROZDZIAŁ IV
Potter spojrzał na swoje dłonie. Niby od niechcenia, a jednak gdy je zobaczył wrzasnął krótko z przerażenia. One były... zgniło zielone! Do tego oślizłe i miały błony! Wzdrygnął się. O co tu chodzi?
Jego serce tłukło się w piersi. Zaraz zaczął oglądać całe swoje ciało. Przypominało powłokę jakiegoś płaza. Dotykał swoich kończyn wstrząśnięty tą zmianą sytuacji.
Komuś wybitnie nudziło się na transmutacji. Nikt nie był w stanie mu czegoś takiego zrobić... prócz huncwotów! Ale zaraz, zaraz. On ich miał po swojej stronie. Sobie wzajemnie takich "przyjemnych" żartów nie robili. Może to wiara Severusa Smarkerusa maczała w tym palce?! O, to do niego było bardzo podobne! Wzbierała w nim złość. Musiał się pozbierać, zanim...
Rozglądnął się, bo właściwie nie wiadomo gdzie się znajdował. Nie poznawał tego miejsca.
- Gdzie ja, do jasnej... - przerwał, gdyż z jego ust wydobył się jedynie stłumiony rechot. Czyli jednak zamieniony został w ropuchę. No wyśmienicie, uśmiechnął się gorzko do siebie (o ile żaby mogą się uśmiechać i to w dodatku gorzko).
Ale jego położenie nie było ciekawe. Był sam w zaroślach, a wszędzie panowała niczym niezmącona cisza. Wciągnął nozdrzami wilgotne powietrze. Musiał być niedaleko jakiegoś zbiornika wodnego, czuł to przez skórę.
Wskoczył zgrabnie na murek nieopodal zarośli i jego oczom ukazał się piękny ogród. Ogromne przestrzenie zielonej równiny były dokładnie przystrzyżone, korony drzewek miały kształt idealnych kul. Gdzieniegdzie zobaczył mosteczek, rabatkę z wielobarwnymi kwiatami różnych, nawet nieznanych mu gatunków. Nieopodal ogromnego pałacu stała niewielka altanka, do której zmierzała smukła postać. Poruszała się z wrodzonym wdziękiem, jak przystało na jakąś damę. Dostrzegł jej ciemnorude długie włosy. To musiała być kobieta. I w tym momencie ktoś krzyknął. Dziewczyna odwróciła się i wtedy ją poznał.
- Evans?
Ledwie utrzymał równowagę, tak go ten widok zaskoczył. Dostrzegł niedaleko oczko wodne, do którego zamierzał się dostać i stamtąd obserwować Lily. Na horyzoncie pojawiała się druga dziewczyna, gdy już zmierzał do wyznaczonego celu w podskokach, jak czynią to żaby. Znów przystanął jak wryty gdy zobaczył, że to Dorcas. Dziewczyny rzucały do siebie piłkę biegając po całym ogrodzie. Potter przyglądał im się zafascynowany całą sytuacją. Czasem udało mu się nawet zapomnieć, że jest ropuchą. I w tym momencie piłka poleciała w jego stronę. Dziewczyny zauważyły go. Co prawda nie był tym przystojniakiem z siódmego roku i najlepszym Ścigającym w szkole, ale w końcu go dostrzegły.
- Odrażające... - skrzywiła się Dorcas.
- No wiesz! - obruszył się James, ale oczywiście dziewczyny usłyszały pojedynczy dźwięk ropuchy.
- Lily, daj spokój tej żabie! To siedlisko bakterii! - zadrżała na myśl, że mogłyby się na nią przenieść.
Evans jednak nie słuchała i podeszła bliżej.
- Intrygująco... duża, co nie? - Przechyliła głowę lekko na prawo i ściągnęła brwi, myśląc o czymś intensywnie.
- Będziesz z nią... kumkać? - Dorcas miała Jamesa w większej pogardzie niż mógł to przewidzieć. Brzydziła się.
- Mogę zamienić się w księcia, jakbyś chciała - powiedział, choć zdawał sobie sprawę, że dziewczyny nie usłyszą słów. Jednak ku jego zaskoczeniu, usłyszał swój normalny głos.
Lily gwałtownie odskoczyła przerażona, a Dorcas wydała z siebie głuchy okrzyk. Jednak po chwili Lily rzuciła niczym wyzwanie:
- To pokaż co potrafisz. - Uniosła jedną brew do góry i czekała.
- Eee... nie znasz tej bajki? - James czuł się potwornie zażenowany. Nie wiedział czemu, ale wiedział, że to musi tak lecieć. Ona ma mu dać całusa. Był o tym przekonany w stu procentach!
- Ta potwora naciąga cię na buziaka, Lilka - rzekła chłodno Dorcas tonem znawcy i na potwierdzenie pokiwała głową.
Evans westchnęła.
- A co mogę stracić? Nie patrz Dori, w takim razie. - Lily pochyliła się nad Potterem i pocałowała go w sam czubek oślizłej głowy.
Zadziałało. Aż sam był zdziwiony. Dłonie miały odpowiedni kształt i kolor, nogi i wzrost... Wszystko było na swoim miejscu. Wyszczerzył się do niej.
Obie dziewczyny skrzywiły się.
- Wiedziałam, że to kant - machnęła ręką Dorcas. - I umyj te włosy.
James zamrugał szybko. Że co proszę?! Wychylił się, by zobaczyć swoje odbicie w wodzie. Tafla odbijała rzeczywiście ludzką postać. Ale to nie był on, nie James Potter! Był... Smarkerusem! Jak to się mogło stać?! Wrzasnął krótko przerażony. A potem drugi raz.
__________________
Kiedy kobieta nie ma racji, pierwszą rzeczą, jaką należy zrobić, to natychmiast ją przeprosić.
Oscar Wilde
|
|
|
12-23-2011, 21:40
|
#8
|
|
Fan "Strefy 11" i tarota
Zarejestrowany: Oct 2009
Posty: 54
|
James Potter - Ostatnia Szansa - Rozdział IV (2)
*
I obudził go jego własny krzyk. Miał przyspieszony oddech i krople potu spływały po skroniach. Chciał jak najszybciej sprawdzić, czy to by na pewno sen, ale zaplątał się w pościel i wylądował z hukiem za podłodze. Uwolniwszy się, popędził do łazienki i zaświecił światło, mrużąc przyzwyczajone do ciemności oczy. W lustrze jednak był wciąż Jamesem Rogaczem. Odetchnął z ulgą i odkręcił kran, by opłukać spoconą twarz i kark.
Wrócił do pokoju i spojrzał na zegarek - wskazywał drugą w nocy. Czas na niego. Trzeba zrealizować wielki plan.
Podszedł do kufra i wyciągnął z niego pelerynę niewidkę, zawsze niezastąpioną. Potem wziął ze stolika okulary, mapę produkcji jego paczki przyjaciół i różdżkę. Cicho zamknął za sobą drzwi. Schodząc do pokoju wspólnego, rozłożył pod peleryną mapę i mruknął:
- Oświadczam uroczyście, że knuję coś niedobrego.
Na mapie pojawiła się tak zwana strona główna i James rzucił się do szukania dormitorium, w którym spała Lily. Zobaczył go. Był całkiem blisko, więc ryzyko było praktycznie równe zeru. Nie takie rzeczy się robiło.
W pokoju wspólnym panował mrok, a ogień w kominku już dawno zgasł. Zobaczył po prawej stronie wejście do dziewczyn i ruszył do drzwi. Pchnął je lekko. Oczywiście skrzypiały, więc zacisnął powieki i jednym szybkim ruchem otworzył je. Nie było tak źle, bo chyba nikt się nie przebudził.
Teraz pozostało mu znalezienie tego jednego dormitorium. Wciąż spoglądając na mapę odnalazł właściwe drzwi i wziąwszy głęboki oddech nacisnął klamkę.
Drzwi były zamknięte. Wyciągnął więc różdżkę i mruknął:
- Alohomora.
Coś szczęknęło, zamek puścił i James wszedł do pokoju.
Było tu bardzo cicho. Słyszał tylko równe oddechy śpiących dziewczyn. Zaglądnął za firanki pierwszego łóżka, lecz tam zobaczył Dorcas z otwartą buzią. Z trudem powstrzymał się od śmiechu. Przemknęło mu przez myśl, żeby wyczarować jakieś obrzydlistwo i włożyć jej do ust, ale powstrzymał się. W końcu ma tu swoje zadanie do wykonania, a nie robi tego w ramach rozrywki.
Drugie łóżko zajmowała Danielle, która przeciągle chrapnęła, kiedy odsłonił zasłonkę. Przyłożył sobie dłoń do ust, by zabezpieczyć się przed wybuchem śmiechu.
Zbliżył się do łóżka Lily. Spała cichutko, a jej pierś falowała w miarowym oddechu prawie niewidocznie. Uśmiechnął się w rozmarzeniu i westchnął. Miał taką ochotę pogłaskać ją po gładkim, rumianym od snu policzku. Była nieziemsko śliczna. Przełknął ślinę. Udowodni jej, że jest jej wart, pomyślał butnie i zaczął rozglądać się za jej kufrem. Wszystkie rzeczy były poukładane i starał się nie zaburzyć porządku, żeby się nie zorientowała. Jeszcze tej nocy pamiętnik musi wrócić, by nie było żadnych podejrzeń.
Znalazł w końcu na samym dnie mały zeszycik w brązowej oprawie z lekko pożółkłymi kartkami. I już pierwsza strona powiedziała mu, że znalazł to czego szukał: "Pamiętnik Lilki Evans". Dość naiwne i oczywiste, pomyślał, ale taka natura bab.
Bezszelestnie wstał i wyszedł z pokoju. zamykając dokładnie i cicho drzwi. Szybko wrócił do swojego dormitorium i starając się nie hałasować, zdjął z siebie pelerynę niewidkę. Wskoczył do jeszcze ciepłego łóżka, zasunął kotary i szepnąwszy Lumos!, zaczął naprędce przeglądać zeszyt Evans.
* * *
James stwierdził, że to wybitnie nudna lektura i porównał w myślach z "Historią magii" - odruch wymiotny. Ale z tego co przeczytał, wywnioskował, że Evans to wcale nie Siostra Miłosierdzia: Ona naprawdę przyjaźni się ze Snape'em! I chyba znają się dłużej niż sześć lat. Zadziwiające, tego by się nie spodziewał.
Chłopak przeczytał fragment z dnia 2 maja 1979 roku:
Wczoraj udało mi się z tymi sumami. Podeszły mi pytania, więc powinno być dobrze. Niestety nie wszystko jest różowe. Potter jak zwykle ze swoimi Super Śmiesznymi Hasłami doprowadza mnie do granic wytrzymałości. I do tego Sev od niego oberwał. Właśnie wczoraj, kiedy po OPCM poszłam się przewietrzyć, zobaczyłam jak ta banda hunców zmierza w stronę Severusa. Czułam, że coś się święci. I zobaczyłam, jak Potter machnął różdżką i za kostkę uniósł go do góry, obnażając chłopa i pokazując całemu światu jego chude nogi. Nie wszyscy są sportowcami o wyrzeźbionych figurach, ale Pottera takie rzeczy nie ruszają! Nie mogłam przecież nie zareagować! Podbiegłam z wrzaskiem i różdżką w gotowości do miejsca zdarzenia. Oczywiście chłopaki miały taką frajdę, że mogłabym sobie gardło zedrzeć, a oni by mnie nie zauważyli.
Tymczasem Sev... Nie wiem jak mógł mi to zrobić?! Nazwał mnie "szlamą"! Ten, który uważał się za mojego przyjaciela, który zarzekał się, że nie powiedziałby tak nigdy o mnie!
Wstyd, ale pobiegłam do dormitorium z rykiem i nie mogłam się do wieczora pozbierać. Nie, nie umiałam mu tego wybaczyć. Zastanawiam się, czy w ogóle kiedyś będę w stanie... Znów mi oczy mokną i pęcznieją od łez. Faceci!
Potter przerwał lekturę. Pamiętał to dokładnie. W tamtym roku dali Smarekrusowi niezłą szkołę życia. A kiedy on do niej powiedział "szlama", jeszcze bardziej go męczyli. Pamiętał to, bo nieźle się wściekł o to na Smarka.
Przewrócił kilka stron dalej...
... Nie odzywam się wciąż do Seva. Przepraszał i błagał. Nie umiem mu wybaczyć. Pomyślał, że nieźle się musiała kobieta poirytować.
Zaczął znów pobieżnie kartkować zeszyt. Zerknął na budzik. Dochodziła czwarta, trzeba było się spieszyć. I nagle natknął się na fragment, który go zainteresował.
...Ci faceci są beznadziejni. Danielle też tak uważa. Co jeden, to lepszy gagatek. Ach... żeby tak pojawił się Książę-Z-Bajki. Wiadomo, że się nie pojawi, ale bycie uprzejmym dla innych, to nie jest chyba jakieś straszne wyrzeczenie! No, chyba, że dla Pottera. Dla niego "kultura" to abstrakcyjne słowo...
James pomyślał, że to wyjątkowo bezczelny tekst. Ale już jest jakaś wskazówka, może dowie się czegoś więcej.
... Poczucie humoru, to wszystko fajna sprawa, ale nie kosztem innych! Facet powinien być szarmancki i miły przede wszystkim dla dziewczyn. A jak ktoś próbuje się umówić ze mną, grając w grę "wszystkie chwyty dozwolone" i szantażuje, żebym tylko poszła z nim na randkę, to jest na spalonej pozycji. Taki facet powinien mnie uwieźć intelektem i bystrością; zainteresować mnie sobą. A nie tak, że chce sprawiać wrażenie "super luzak i cool gość". Ja wymiękam z takim podejściem. Czy my jesteśmy w przedszkolu? Litości...
Chłopak poczuł się urażony: Ta baba śmiała go tak jawnie obrażać i do tego posłużyła się nazwiskiem. Uff... nie "baba", ale Lily...
Szybko przypomniał sobie, że takie przedmioty jak pamiętnik nie bywają w miejscach publicznych i Evans miała prawo wyrazić swoje zdanie. Ale trzeba ten wizerunek zmienić. Tego był pewien. I już on się postara wzbudzić w niej zainteresowanie.
Uśmiechnął się do siebie i spojrzał w okno. Powoli rozjaśniało się na dworze i stwierdził, że pora odnieść zeszyt. Wymknął się drugi raz w pelerynie do dormitorium dziewczyn i odłożył na miejsce pamiętnik w brązowej oprawie. Kiedy wrócił ogarnęła go straszna senność, położył się, nastawiając sobie budzik tak by zdążyć na śniadanie i zapadł w mocny sen.
__________________
Kiedy kobieta nie ma racji, pierwszą rzeczą, jaką należy zrobić, to natychmiast ją przeprosić.
Oscar Wilde
|
|
|
12-23-2011, 23:44
|
#9
|
|
Fan "Strefy 11" i tarota
Zarejestrowany: Oct 2009
Posty: 54
|
James Potter - Ostatnia Szansa - Rozdział V (1)
ROZDZIAŁ V
James usłyszał huk. Otworzył jedno oko. Ta noc nie należała do wyspanych. Kilka dni temu zaspał z powodu pamiętnika Evans i nie mógł powiedzieć, że czuł się tego dnia wypoczęty. Teraz te hałasy w dormitorium. Prawdę powiedziawszy nie bardzo miał ochotę zmuszać się do przebudzenia.
Rozchylił kotarę swojego łózka z kolumienkami i mruknął ochryple w przestrzeń, żeby mu dano jeszcze, cholibka, z kwadrans snu, bo są w tym pokoju tacy, którzy go potrzebują. I zacisnąwszy rogi poduszki na uszach, próbował zasnąć. Nic z tego. Podniósł się na łokciach.
- Zamknąć się! - warknął i omiótł dormitorium zaspany i ledwo widzący na oczy.
Opadł bezwładnie na poduszkę, po czym dotarło do niego, co zobaczył, mimo, iż widział to jakby przez mgłę. Chłopcy się bili. Zwyczajnie jeden tłukł drugiego. Odechciało mu się spać.
Przetarł oczy i pośpiesznie zerwał się z łóżka.
- Panowie, do chol...! - Już chciał działać i obezwładnić jednego z napastników, lecz w drogę wszedł mu Lunatyk, chwytając go mocno za ramiona i unieruchamiając.
- Zostaw. - Remus popatrzył mu w oczy.
- Ale o co tu chodzi?! - Potter zaczynał tracić nad sobą panowanie, czując jak zalewa go krew. - Możecie przestać?!
Peter próbował się bronić przed ciosami Blacka. Co prawda Syriusz jeszcze nic mu nie zrobił. Bardziej wyglądało to na próbę zastraszenia, niż chęci zrobienia krzywdy.
- James... - wysapał Syriusz - ... Ten drań...!
- Łapa, opanuj się. - Spokojnie, ale stanowczo skarcił go Lupin.
- Grzebał ci w rzeczach! Nakryliśmy go! To zdrajca! Czego tu szukałeś?! - Black wyglądał na wyprowadzonego z równowagi.
- Glizdek... - Jamesowi otworzyły się szeroko oczy. - O czym mówi Łapa...?
Remus puścił Pottera, gdyż ten przestał się już szarpać. Stał teraz w osłupieniu, przyglądając się wszystkiemu jak w zwolnionym filmie. Przecież to jego przyjaciel. Nie mógł tego zrobić umyślnie. Na pewno da się to jakoś racjonalnie wytłumaczyć...
- Rogasiu... - zaskomlał Pittergew - ... ja nie chciałem! Naprawdę... Tylko... Tylko... Bałem się...
Peter plątał się w zeznaniach. To zdecydowanie nie przemawiało na jego korzyść. W Jamesie coś się zapadało do środka. Czuł to w okolicy płuc.
- Bałeś?! - zakpił Syriusz. - Tchórz!
- Na litość, Black! Dajże mu spokój! Chcę się dowiedzieć prawdy! - warknął Potter, po czym spojrzał wyczekująco na Petera. - No...? Słucham.
- Bo... Bałem się o ciebie... - wystękał przerażony Glizdogon. - I... Nie wiedziałem co o tym myśleć... Czy czegoś nie knujesz przed nami...
Tym razem Lupin i Black spojrzeli ze zdumieniem na Jamesa. Wydawali się nieco skołowani przebiegiem całego zajścia.
- Ja?! Knuję?! - wrzasnął James. - Bezczelne oszczerstwa!
Odwrócił się tyłem, żeby móc się pozbierać i uspokoić. To były poważne oskarżenia.
- ... z Evans - dokończył Peter.
Potter odwrócił się powoli. Wszystko zmieniało się jak w kalejdoskopie. I do tego szokowało na każdym kroku. On miałby coś knuć z Evans? Ona go przecież nienawidzi.
To ostatnie stwierdzenie bardzo go zabolało. Ale niestety było prawdziwe. Bardzo chciał to odwrócić, ale nie mógł. Wziął się co prawda za naprawianie tego, ale czy zdoła...? Musiał jednak przyznać, że pomysł wykradnięcia pamiętnika nie był godny pochwały. Mimo to miał nadzieję, że może przynieść pożądane skutki.
- ... Widziałem cię kilka dni temu. - Glizdogon powoli zaczął się uspokajać, a jego głos stał się nieco pewniejszy.
- No i? - spytał Lupin. Czekali na ciąg dalszy.
- Obudziłem się koło trzeciej w nocy chyba... Nie spałeś. Widziałem światło różdżki z twojego łóżka... - Peter całkiem przestał się jąkać i zarzucił nawet lekko oskarżający ton.
- Nie mogłem zasnąć... - skłamał James, ale chcąc ratować się przed wyrzutami sumienia dodał: - Miałem koszmar.
- A on kazał ci iść z różdżką i naszą mapą z dormitorium? - James ciekaw był, ile jeszcze asów w rękawie ma Peter.
- Nie... - zaczął powoli, by zdążyć na poczekaniu coś wymyślić - Po prostu... eee... Musiałem się przejść, żeby ochłonąć. A mapa... No cóż, nie chciałem załapać szlabanu przez spotkanie z Filchem. Trzeba zachowywać ostrożność, nie?
Powiedziawszy to, spojrzał z obawą, czy chłopaki mu uwierzą. Nie chciał im jeszcze mówić o planie. Jeszcze nie był na to gotowy. Huncwoci wydawali się przyjąć tę wersję za wiarygodną. Komuś innemu by nie uwierzyli, ale James był jedną z niewielu osób, która mogła odprężyć się na spacerze po zamku o trzeciej nad ranem. Jedynie Pettigrew nie był co do tego przekonany. Syriusz puścił Petera i wziął głębszy oddech.
- Następnym razem możesz zapytać go osobiście - powiedział na odchodnym. - Albo powiedzieć nam. Jak robisz coś bez nas, to trochę tak, jakbyś nie chciał żebyśmy o tym wiedzieli, jasne? Łatwo możesz zarobić guza.
Poklepał go pojednawczo w plecy.
- Jasne... - odpowiedział ledwie słyszalnym głosem Glizdogon.
Zeszli na dół do Wielkiej Sali na śniadanie. Po drodze minęli grupkę Krukonek, którą Black wydawał się w szczególny sposób zainteresowany. James zauważył jak nieznacznie wyprostował się. Po chwili huncwoci zorientowali się, że przyjaciel wsiąkł w tłum idących na śniadanie. W morzu głów Potter wychwycił rozczochraną głowę Blacka, który z uśmiechem rozmawiał zaaferowany, okraszając swoje wypowiedzi obfitą gestykulacją.
- Zaczekamy na niego przy stole - westchnął Potter, machając ręką w stronę Syriusza. - Jestem piekielnie głodny!
Przy stole Gryffindoru było sporo uczniów, a każdy już zajęty był swoimi sprawami i jadł pośpiesznie.
James usiadł ciężko. Kawy..., pomyślał, sięgając po dzbanek z magicznym napojem pobudzającym. Nałożył sobie pięć tostów, udając, że nie widzi przyglądających mu się osób. Nie będzie się nikomu tłumaczył ze swojego głodu.
- Dziś zaklęcia - mruknął Lupin.
Wszyscy od tygodnia mówili o tych lekcjach z podekscytowaniem. Zapowiedziano im, że będą poznawać zasady zaklęciotwórstwa. James myślał o nich intensywnie, gdyż zaklęć, jakie chciał rzucać, nie było w żadnym podręczniku. Efekty musiały być wymyślne, dlatego wyczekiwał z niecierpliwością dzisiejszego poranka. Miał przeczucie, że będzie w tym dobry.
- Słuchajcie... Mam takie pomysły na te zaklęcia...! - Pottera aż nosiło. - Coś czuję, że ten temat siądzie mi jak żaden inny...
- Tobie zawsze siadają tematy, Rogaczu - powiedział Peter.
Nie do końca jednak było pewne, czy mówi to jak stwierdzenie faktu, czy zgryźliwą uwagę, która miała maskować jego zazdrość. Pettigrew nigdy nie był aż taki dobry jak James, mimo, iż tamten nie potrzebował nauce poświęcać zbyt wiele czasu.
- Założę się, że i tak Lilka będzie lepsza. Zawsze jest. - Ton Lunatyka wskazywał, iż kieruje się zwykłą analogią wydarzeń.
- Nie... - rozmarzył się James, ale wkrótce wrócił do rzeczywistości. - Tym razem nawet Evans nie będzie ode mnie lepsza!
W tym momencie klapnął obok nich Syriusz. Wyraźnie zadowolony i w lepszym humorze. Nie zwracając uwagi na pytające spojrzenia kolegów, zabrał się za plastry bekonu, które zagryzał tostem.
- Pycha! - wydobyło się z jego pełnych ust.
Kiedy przełknął kęs zmarszczył brwi.
- No co?
- Nie, nic. Ale pochwal się może przyczyną tego twojego wyśmienitego nastroju, co? - zagaił James, niby niezobowiązująco.
- Och, to nic takiego! - machnął ręką Black. - Ale skoro chcecie wiedzieć... Vera jest absolutnie boska!
- Vera? - zdziwił się Peter.
- Veronika Brook, ta Krukonka z szóstego roku... - W jego głosie dało się słyszeć rozmarzenie.
Chłopcy spojrzeli po sobie. Czy musieli coś dodawać? Syriusz wpadł w czarną dziurę, w jaką wpada człowiek zakochany. W jednym momencie Jamesowi przeszło przez myśl, że może i on jest w takiej czarnej dziurze. Ta wizja nieco ostudziła jego zapał. Nie była szczególnie zachwycająca: otchłań, mrok, zniewolenie umysłu i zatracenie się w tej jednej osobie. Co prawda Black nie wyglądał jak "wpadnięty w czarną dziurę", co nie oznaczało, że to tylko taka powłoka. Jeśli ktoś zakocha się bez wzajemności, mrok i zniewolenie umysłu absolutnie odzwierciedla stan ducha takiej osoby. Na razie, to Syriusz wydawał się fruwać w obłoczkach, gdyż owa Krukonka w wyraźny sposób odwzajemniała zainteresowanie chłopaka. Natomiast James nie czuł się dobrze, kiedy Evans wrzeszczała na niego, zwracała się z pogardą i miała za nic jego starania. Błąd w strategii kosztował go opinię u dziewczyny i czasem czuł się rozrywany przez potworę od środka, która wyżera mu wnętrzności. Kiedy napotykał Lily, puchnął mu żołądek, a mimo to wiedział, jak się to spotkanie skończy. Dlatego Potter patrzył na ich wspólną przyszłość dość pesymistycznie. Tak, on na pewno znajdował się w czarnej dziurze.
__________________
Kiedy kobieta nie ma racji, pierwszą rzeczą, jaką należy zrobić, to natychmiast ją przeprosić.
Oscar Wilde
|
|
|
12-23-2011, 23:46
|
#10
|
|
Fan "Strefy 11" i tarota
Zarejestrowany: Oct 2009
Posty: 54
|
James Potter - Ostatnia Szansa - Rozdział V (2)
Z rozmyślań wyrwał go głos, na dźwięk którego wnętrzności zaczynały poruszać mu się w środku jak pod wpływem zaklęcia Wingardium Leviosa.
- ... Zabawnie?! - Evans wyraziła swoje powątpiewanie. Szła z Dorcas w kierunku stołu Gryfonów. - Założę się, że Potter wymyśli coś, po czym będziemy się punktowo w Gryffindorze zbierać przez cały rok.
- Ale te nowe zajęcia są bardzo twórcze - Dorcas próbowała przekonać przyjaciółkę. - Poza tym przypominam ci, że to nie kto kto inny, ale właśnie ty, pozbawiłaś Gryffindor dziesięciu punktów, choć nie rozpoczął się jeszcze rok szkolny.
Lily westchnęła, po czym usiadła na przeciwko huncwotów, gdyż tylko tam były wolne miejsca. Jej wyraz twarzy wskazywał, że bardzo nie chce w ich obecności przyznać racji Dorcas, choć czuła że powinna. Przyjaciółka zdawała się czytać jej w myślach i tylko się uśmiechnęła.
Dziewczyny nałożyły sobie po naleśniku i skropiły go syropem klonowym.
- Cześć. - James nie wiedział kiedy mu się to wyrwało. Lekko poróżowiał na twarzy i próbował zamaskować to, poprawiając okulary.
Lily i Dorcas spojrzały na niego z niedowierzaniem, po czym wymieniły znaczące spojrzenia.
- Cześć - mruknęły.
Głupia sytuacja. Potter chciał coś zrobić, cokolwiek, by ruszyć z miejsca i pokazać Evans, że nie jest tym samym lekkoduchem Potterem.
- Idziecie na zaklęcia? - spytał głupio. Musiały iść, bo te zajęcia mieli razem, ale nic innego nie przychodziło mu do głowy. Czuł na sobie zdziwione spojrzenia hunców. - Dziś podobno zaklęciotwórstwo...
Uśmiechnął się blado, ale szybko zorientował, że nie zostało to odebrane tak, jakby chciał.
- Wiem, tylko czyhasz na okazję, co? - kwaśno spytała Lily.
- Okazję? - Nie rozumiał. A wyraz jego twarzy przedstawiał szczere zdziwienie. Miał wrażenie, że Evans lekko się zagapiła, jakby zobaczyła coś sprzecznego z naturą, jak ćwierkającego kota.
- Potter, czy ty aby nie jesteś chory? - zapytała, przyglądając się mu uważnie, ale nie kryła niechęci do niego.
Chłopak potrząsnął głową.
- Chory? - powtórzył tępo. Pogrążał się, czuł to.
Evans przewróciła oczami.
- Nie wyspał się, Ślicznotko - odezwał się Black. - Coś bełkotał o koszmarach.
Dziewczyna zlekceważyła zaczepkę. Każda reakcja byłaby zła. Sięgnęła po kubek z kawą i upiła łyk.
- Biedactwo... - burknęła z ironią, nie patrząc na niego.
W tym momencie dotarło do Jamesa, że dziewczyna przekroczyła granicę. On próbował być miły, a ona nawet nie siliła się na obojętność.
Wstał z impetem przewracając kubek, który na szczęście był już pusty. Sięgnął po swoją torbę z książkami i z wściekłością, o jaką pewnie nikt by go w tej chwili nie podejrzewał, warknął:
- Taka perfekcyjna, idealna Lily, którą kocha każdy kto ją pozna. Ach, jakież to wzorcowe! Zwłaszcza, kiedy ktoś się zwraca do ciebie miło, a ty mu z premedytacją w ten sposób!
Powoli tracił panowanie nad sobą. Głos zaczynał mu drżeć. Teraz nie oszczędzał na ironii, nie liczył się z konsekwencjami. Może właśnie traci swoją ostatnią szansę na bycie z tą dziewczyną. Ale nie dbał o to. Nie będzie chciał być z taką, która darzy go tylko pogardą i politowaniem.
- Byłem skłonny pokazać ci jak bardzo wydoroślałem i zmieniłem się przez te wakacje, żebyś zechciała łaskawie chociaż raz się ze mną umówić! Ale skąd! Teraz widzę, jaka jesteś krótkowzroczna i nie wierzysz w zmianę człowieka. W takim razie masz moje słowo: od tej chwili będziesz miała spokój. I obyś go znienawidziła...
Drżał na całym ciele, wychodząc z Wielkiej Sali. Inni uczniowie przyglądali mu się z żywym zainteresowaniem. Zostawił swoich towarzyszy broni na polu bitwy. Jednak kule się ich nie imały. Byli tam bezpieczni, więc przestał się nimi przejmować. A dziewczyny? Przypomniał sobie minę Lily: szok pomieszany z niedowierzaniem i... żalem? Ten ostatni pierwiastek, który zdawał się wyczuwać wtedy... Nie wiedział, czy przypadkiem nie chciał sobie tego wmówić. Dlatego starał się przestać o tym myśleć. Nadał sobie takie tempo, że po trzech minutach zaczął nieznacznie dyszeć, wbiegając na kolejne partie schodów.
Jednak myśli kłębiły się w jego głowie splątane niczym kołtun i biegały wokół wydarzeń ostatnich chwil. Lily, zdumieni uczniowie, jego wybuch. Nie wiedział, czemu akurat teraz tak zareagował, w końcu nie był to pierwszy raz kiedy Evans tak go potraktowała. Nawet nie był to szczyt jej umiejętności niemiłego zachowania.
Tuż przed klasą zaklęć wpadł na Monicę Blanc. Nie chciał być teraz w jej skórze i też nie wysilał się specjalnie, by okiełznać emocje. Po prostu dał im upust, traktując dziewczynę jak worek treningowy.
- Zostaw mnie wreszcie, uparta dziewczyno! - krzyknął. Poczerwieniał na twarzy. Spotkanie z nią nie było nawet na szarym końcu listy rzeczy, jakich by w tym momencie nie chciał.
- Ale James...! - jęknęła boguducha winna dziewczyna, widocznie nie spodziewając się aż tak gwałtownej reakcji.
- Nie chcę cię widzieć! - warknął. - A w tym momencie to uczucie jest zdwojone!
Dziewczyna wyglądała, jakby się miała lada moment rozpłakać, więc już nic nie dodał, mimo iż miał wielką ochotę z satysfakcją poprzyglądać się jej łzom, nie wiedzieć czemu. Na siłę opanował się i wszedł do klasy.
__________________
Kiedy kobieta nie ma racji, pierwszą rzeczą, jaką należy zrobić, to natychmiast ją przeprosić.
Oscar Wilde
|
|
|
Zasady postowania
|
You may not post new threads
You may not post replies
You may not post attachments
You may not edit your posts
kod HTML jest Wył.
|
|
|
Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 23:40.
|
|